Bosfor Motocykle Dom Zachariasza Tehand Misuna Cetniewo Motul GMS

Dziennik Wyprawy

Epilog
Granica naszego państwa ma około 3,500 kilometrów. Ja przez 7.5 tygodnia zrobiłem około 6.200. zużyłem do tego dwa quady. Nie złapałem o dziwo żadnej gumy. Jedyną usterką poza rozbitym quadem było od czasu do czasu nie działający klakson w drugim quadzie. Poznałem dziesiątki fantastycznych i przyjaznych ludzi. Zjadłem przez przypadek cztery muchy i kilka komarów oczywiście podczas jazdy. Chciałbym podziękować tym wszystkim ludziom którzy mnie wspierali i pomagali przy organizowaniu tej wyprawy. Tym wszystkim którzy mnie gościli i karmili jak było trzeba. Jest ich sporo i nie sposób ich wszystkich wymienić, ale o wszystkich pamiętam i dziękuję. Szczególne podziękowania należą się także wszystkim Strażnikom Granicznym których spotkałem podczas mojej eskapady. Dzięki nim mogłem spokojnie podróżować z poczuciem bezpieczeństwa że w razie jakiegoś problemu mogę na nich liczyć. Chciałbym podziękować firmie GMS z Tarnowskich Gór za fantastycznie sprawujące się quady, firmie RED LINE z Dębicy za ubranie mnie w swoje kurtki które uchroniły mnie podczas wypadku i doskonale się sprawowały w każdych warunkach podczas całej tej wyprawy, firmie Motocykle Stefański z Gdyni (w szczególności Bartkowi i Przemkowi) za doskonale przygotowanie quada do tej jazdy. Dziękuje Bardzo
Dzień 53 Gdynia – Hel
2010 - 08 - 05
W 53 dniu mojej fantastycznej przygody pokonałem dystans z Gdyni do Helu. Przejechałem 82 kilometry w 4 godziny. Dzisiejszy dzień był ostatnim dniem mojej podróży. Rano gdy wstałem z pachnącego łóżka z nostalgią powracałem do tych dni spędzonych nocy w moim namiocie pod lekko już nie fajnie pachnącym śpiworze. Powracałem także myślami do tych miejsc które odwiedziłem i do tych wspaniałych ludzi których poznałem. Przeżyłem wspaniałą przygodę która niestety dobiegała definitywnie końca. Te ostatnie kilometry to już tylko niestety czysta formalność i statystyka kilometrów. Cóż mogę nowego poznać na trasie którą przemierzałem czasami parę razy dziennie. Dzisiejszą trasę do domu przebyłem prawie w całości w asyście honorowej straży granicznej. Do Rewy trasę pokonałem w asyście jednego quada SG. Od Rewy jechałem sam. Po drodze odwiedziłem starą żwirownie w okolicy Osłonina gdzie zaczynałem pierwsze treningowe jazdy quadem przed moja wyprawą. W Rzucewie czekała na mnie już honorowa asysta dwóch qadów która mi towarzyszyła aż do mety mojej wyprawy. Na mecie ku mojemu dużemu zaskoczeniu czekała na mnie spora grupa znajomych i przyjaciół. Byli także Burmistrz Helu i Komendant Morskiego Oddziału Straży Granicznej. Gratulacją nie było końca. Byłem tym bardzo zawstydzony. Wszyscy traktowali mnie jak bohatera, ale ja w sumie nie zrobiłem nić nadzwyczajnego. Ja po prostu spełniłem swoje marzenie. Trzeba marzyć i te marzenia spełniać.
Dzień 52 Krynica Morska – Gdynia
2010 - 08 - 04
W 52 dniu mojej podroży pokonałem odległość z Krynicy Morskiej do Gdyni. Przejechałem 120 kilometry w 6 godzin. O 6 rano byłem już spakowany j gotowy do jazdy. Chciałem pokonać dystans z Krynicy do granicy plażą kiedy nie ma jeszcze plażowiczów. Ku mojemu zdziwieniu na plaży było już sporo amatorów kąpieli i spacerów. Jadąc tak plażą dojechałem do płotu przed granica przegradzającą w poprzek Mierzeję Wiślaną. Dzięki uprzejmości pograniczników mogłem przejechać bramą w tym płocie i dojechać do granicy naszego państwa która jest 700 metrów dalej. Po zrobieniu kilku pamiątkowych fotek wróciłem tą sama drogą do Krynicy i dalej w kierunku Gdyni. Po przeprawie promowej na Wiśle pożegnałem już jazdę w terenie i resztę trasy pokonałem drogą asfaltową. Przejeżdżając przez Trójmiasto dziwnie się czułem jak musiałem się zatrzymywać przed czerwonym światłem i stać w korkach ulicznych. Przez ostatnie 7,5 tygodnia odwykłem od takiego ruchu ulicznego. Kiedy dojechałem do Gdyni pierwsze moje kroki skierowane były do warsztatu w którym przygotowywałem mojego quada do wyprawy. Zameldowałem się Bartkowi i Przemkowi że dojechałem cały i zdrowy, co prawda na innym qadzie. Fajnie było ich znowu spotkać. Sporo od nich się nauczyłem i dali mi wiele cennych rad. Dzisiejszą noc spędzam u mojej siostry. Leżąc w łóżku naszły mnie takie myśli. Fajnie jest podróżować, ale nie sam. Dobrze jest mieć się z kim podczas tej podróży dzielić tymi wszystkimi widokami, myślami i emocjami. Ja miałem taką osobę. Była nią Sylwia. Widziała i czuła wszystko to co ja. Widziała to moimi oczami, czuła to moimi zmysłami. Podczas naszych wielogodzinnych nocnych i dziennych rozmów opowiadałem jej wszystko. Jednak pomimo wszystko jest niedosyt tego że jej tam ze mną nie było. Chciałbym zadedykować tą wyprawę właśnie jej za to że była, słuchała, mówiła, milczała, dopingowała.
Dzień 51 Lelkowo – Krynica Morska
2010 - 08 - 03
W 51 dzień mojej przygody przejechałem z Lelkowa do Krynicy Morskiej. Przejechałem 172 kilometry w 9 godzin. Poranek był dzisiaj chłodny. Po spakowaniu i przejrzeniu quada wróciłem na granicę. Niestety czułem już zbliżający się koniec wyprawy. Pogoda już nie sprzyjała tak jak dotychczas i sama jazda nie sprawiała tylu przyjemności jak wcześniej. Jadąc przy granicy odwiedziłem po drodze dwa przejścia graniczne. Pierwsze przejście jest jeszcze nie otwarte w Grzechotkach a następne w Gronowie. Przejście w Grzechotkach zbudowane jest na starej berlince. Berlinka to droga częściowo wybudowana między Berlinem a Królewcem. Budowę jej rozpoczęto przed wybuchem drugiej wojny światowej i nie skończono. Drugie przejście w Gronowie to przejście które kiedyś przekraczałem podczas mojej pierwszej podróży do Rosji. Po tych krótkich przerywnikach ruszyłem w dalszą drogę. Pogoda już do końca się popsuła. W strugach deszczu dotarłem do brzegów zalewu wiślanego. Deszcz towarzyszył mi z małymi przerwami podczas całego objazdu zalewu aż do Krynicy Morskiej. Po drodze do Krynicy musiałem bardzo szybko się przyzwyczaić do bardzo natężonego ruchu drogowego i setek turystów mijanych po drodze. Od kilku godzin wróciłem do „cywilizacji” a ja już tęskniłem do tych terenów przygranicznych gdzie byłem sam i jedynymi pojazdami które mijałem to były traktory i samochody straży granicznej. W Krynicy postanowiłem zostać na noc. Wszystko co miałem na sobie było przemoczone. Skorzystałem dzisiaj także z gościnności strażników i zatrzymałem się u nich na strażnicy.
Dzień 50 Sępopol – Lelkowo
2010 - 08 - 02
W 50 dniu mojej eskapady przejechałem odległość z Sępopola do Lelkowa. Pokonałem 92 kilometry w 8 godzin. Dzisiaj poranek był bardzo ciekawy. Dowiedziałem się kto został prezydentem i że zrobiła się jakaś potworna awantura z krzyżem pod pałacem prezydenckim. Ciekawie było jechać przez 50 dni nie wiedząc co się dzieje na świecie i w naszym kraju. Usłyszane wiadomości przypomniały mi że moja przygoda zbliża się do końca i powrót do szarej rzeczywistości będzie bardzo bolesny. Na powrót zostanę bombardowany wszelkimi niusami o zadymach i awanturach politycznych, bzdurnymi reklamami i promocjami. Na szczęście zostało mi jeszcze kilka dni jazdy i postanowiłem cieszyć się nimi i nie zaprzątać sobie głowę tom szarą rzeczywistością za kilka dni. Poranek był piękny wiec czym prędzej ruszyłem w dalszą drogę, odkładając śniadanie na późniejszy termin. Miałem je później przyjemność zjeść w towarzystwie dwóch strażników granicznych nad brzegiem rzeki Guber. Podczas dzisiejszej jazdy przytrafiły mi się dwie ciekawe „przygody”. Pierwsza nawet odrobinę zabawna. Podczas jazdy skończyły mi się papierosy. Wiem ze to potworny nałóg, ale co począć jestem już w jego szponach. Postanowiłem że kupie w pierwszym napotkanym sklepie. Znalazłem takowy w wsi Szczurkowo. Pytam się pani ekspedientki czy mogę kupić u niej papierosy. Pani mi odpowiada że niestety nie prowadzą papierosów ponieważ towar ten nie schodzi gdyż wszyscy palą papierosy za wschodniej granicy. To pytam się u kogo takowy mogę kupić. Pani po chwili zastanowienia pyta czy ja do wsi przyjechałem w towarzystwie strażników granicznych. Odpowiadam że tak. To pani od razu z powagą w głosie i postawie odpowiada że nie zna nikogo kto by się czymś takim parał. Kilku klientów stojących obok z szerokim uśmiechem na ustach przytaknęło pani ekspedientce. Drugą przygoda miała miejsce podczas jazdy przy samej granicy. Pokonując kolejne kilometry pasem drogi przygranicznej usłyszałem dziwne ciche hałasy dobiegające jak mi się zdawało z silnika mojego quada. Wyłączyłem muzykę którą słuchałem podczas jazdy i od razu dźwięk zaczął narastać. Przerażony że coś się dzieje z silnikiem zatrzymałem się i od razu wyłączyłem silnik. Ku mojemu zdziwieniu dziwne dźwięki nie ustały, ale wręcz przeciwnie potęgowały się. Zdezorientowany zacząłem się rozglądać czy czasem nie ma w pobliżu jakiejś głośnej maszyny rolniczej. Niestety niczego takiego w zasięgu wzroku nie było. Ściągnąłem kask aby lepiej przysłuchać się temu dźwiękowi. Nagle za czubków drzew wyłonił się rosyjski Mi 8. Przeleciał nad moją głową może na wysokości 10 metrów. Niemalże mogłem przyjrzeć się oczom pilota. W Lelkowie dowiedziałem się że rosyjscy piloci nagminnie wlatują w naszą przestrzeń lotniczą nie robiąc sobie nic z tego. Trzy godziny po tym spotkaniu dotarłem do Lelkowa gdzie spędziłem noc na strażnicy.
Dzień 49 Giżycko – Sępopol
2010 - 08 - 01
W 49 dniu ponownie w trasie. W tym dniu przejechałem z Giżycka do Sępopola. Pokonałem dystans 155 kilometrów w 13 godzin. Fajnie było tak poleniuchować w Giżycku ale trzeba było już ruszyć dalej. Do Węgorzewa dojechałem drogą asfaltową. Z Węgorzewa do granicy dojechałem nasypem rozebranej linii kolejowej Węgorzewo – Rudziszki - Żielieznodorożnuj. Po drodze zwiedzałem śluzy kanału mazurskiego. Będąc przy ostatniej śluzie Guja na terenie Polski złapał mnie deszcz. Przeczekałem ten deszcz w domku koło śluzy. Z szklanka cieplej herbaty wysłuchałem ciekawych historii o tych ternach. Wysłuchując tych opowieści doczekałem końca ulewy i ruszyłem dalej w swoja podróż. Gdy dotarłem do Sępopola było już ciemno. Muszę przyznać ze światła w moim pojeździe nie nadawały się do jazdy nocą. Podczas przygotowywania quada do wyprawy zastanawiałem się czy nie założyć dodatkowego oświetlenia. Doszedłem jednak do wniosku ze nie będę jeździł nocami wiec nie będzie mi potrzebne. Dzisiaj tego żałowałem.
Dzień 48
2010 - 07 - 31
W dniu 48 dalej doskonale się bawię na zlocie w Twierdzy Boyen.
Dzień 47
2010 - 07 - 30
W dniu 47 bawię się dobrze na zlocie motocyklistów.
Dzień 46
2010 - 07 - 29
W 46 dniu wybieram się na zlot motocyklistów w Twierdzy Boyen w Giżycku.
Dzień 45
2010 - 07 - 28
W 45 dniu nie kończę jeszcze lansu :-))
Dzień 44
2010 - 07 - 27
W 44 dniu dalej się lansuje w Giżycku.
Dzień 43
2010 - 07 - 26
W 43 dniu jestem w Giżycku i zaczynam się lansować po mieście.
Dzień 42 Błaskowizna – Gołdap - Giżycko
2010 - 07 - 25
W 42 dniu mojej podróży przebyłem dystans z Błaskowizny przez Gołdap do Giżycka. Pokonałem odległość 214 km w 9 godzin. Po wczorajszym wieczorze nie chciało mi się zbytnio wstawać. Po 15 minutach ściemniania pod śpiworem w końcu nabrałem siły aby wstać. Po przejrzeniu mapy postanowiłem ze dzisiejszy dzień spędzę jadąc odrobinę dalej od granicy niż zwykle. Na mapie znalazłem starą linie kolejową rozebraną w 1945 roku z Żytkiejmy do Gołdapi. Po spakowaniu się i pożegnaniu z nowo poznanymi nurkami ruszyłem odkrywać pozostałości zapomnianych szlaków kolejowych. Muszę przyznać ze polna droga powstała na starym nasypie pozwalała czasami rozpędzić się do 100 km na godzinę. Czasami nagle znikała lub zjeżdżała z starego nasypu, wtedy musiałem przedzierać się zarośniętymi chaszczami aby po kilku set metrach ponownie pojawiać się na nasypie. Jadąc tak dotarłem do słynnych mostów w Stańczykach. Po krótkiej chwili na podziwianie tego widoku ruszyłem dale w kierunku Gołdapi. Po dotarciu do Gołdapi zadzwoniłem do znajomych w Giżycku aby im zakomunikować że właśnie jadę do nich w odwiedziny. Po drodze do Giżycka odwiedziłem jeszcze wieś Rapa gdzie mogłem podziwiać stary grobowiec w kształcie piramidy niemieckich arystokratów. Wczesnym wieczorem dotarłem do Giżycka . Dzisiaj będę spał w łóżku i znowu będę się delektował kąpielą w wannie.
Dzień 41 Burbiszki – Błaskowizna
2010 - 07 - 24
Dzień 41 Burbiszki – Błaskowizna W 41 dniu mojej eskapady przebyłem dystans między Bubiszkami a Błaskowizną. Przejechałem 156 kilometrów w 7 godzin. Dzisiaj wstałem bardzo wypoczęty. Wszystkie moje rzeczy wyschły wiec mogłem spokojnie się pakować i ruszać dalej. Przeglądając dzisiaj mapę postanowiłem wjechać trochę głębiej w Litwę. Po spakowaniu się ruszyłem wzdłuż jeziora w kierunku granicy lądowej. Po dotarciu do najbliższej asfaltowej drogi w kierunku Litwy przekroczyłem granicę. Dojechałem do miejscowości Lazdijai. Pokręciłem się 20 minut po tym miasteczku i zawróciłem do Polski. Po dojechaniu do granicy ponownie zacząłem jechać wzdłuż granicy. Po drodze minąłem przejście graniczne w okolicy wsi Budzisko. Następnie drogami szutrowymi biegnącymi w odległości niecałych 100 m od granicy dotarłem do jeziora Wiżajny i samych Wiżajn. Tu zrobiłem sobie krótką przerwę przy sklepie na posiłek. Posiłek to ta fajnie brzmi, po prostu kupiłem sobie trzy lody na patyku, które musiałem szybko zjeść ponieważ się szybko topiły. Z Wiżajn droga już była prosta do ostatniego trójstyku granic na mojej trasie. Był to trójstyk Polski-Rosji-Litwy. Teraz jechałem już drogą asfaltową biegnącą równolegle do granicy aż do wsi Żytkiejmy. Tutaj postanowiłem odjechać od granicy w kierunku jeziora Hańcza gdzie postanowiłem spędzić noc. Udało mi się znaleźć miejsce na biwak nas samym jeziorem. Za sąsiadów miałem grupę nurków którzy przyjechali tu ponurkować. Jako że ja także nurkuję szybko znaleźliśmy wspólny temat do rozmów. Wieczór minął na grillowaniu, opowieściach o ciekawych miejscach nurkowych, no i na piciu gorzałki. Oczywiście w leczniczych dawkach :-))
Dzień 40 Płociczno – Burbiszki
2010 - 07 - 23
W 40 dniu mojej podróży przejechałem z Płociczna do Burbiszki. Pokonałem 109 km w 9 godzin. Poranek zapowiadał się cudownie. O 9 rano wyruszam w podroż kolejka wąskotorową. Nie będę opisywał jaka przyjemność daje taka podroż. Każdy musi sam pojeździć aby samemu się o tym przekonać. Po południu po pysznym obiedzie wyruszam dalej w trasę. Do Gib jadę znowu drogą asfaltową. Na stacji gdzie wczoraj tankowałem ponownie dolewam paliwo do quada i wracam nad granicę. Jadę teraz wzdłuż granicy czasami po polskiej stronie czasami po Litewskiej. Wybór strony podyktowany jest jakością drogi przygranicznej. Po kilku godzinach jazdy zaczyna się robić pochmurna pogoda. Zaczyna siąpić deszcz. Zatrzymałem się aby włożyć na ponczo przeciwdeszczową. Po pewnym czasie lekkie siąpienie deszczu przeradza się w gwałtowna burze. Nie mam gdzie się za bardzo schować wiec postanowiłem jechać dalej. Naglę widzę błysk uderzający w oborę w odległości 400 metrów ode mnie a zaraz po tym błysku bardzo donośny grzmot. W kilka sekund po tym błysku obora staje w płomieniach. Ruszyłem czym prędzej w tamtym kierunku z naiwna myślą że może w czymś pomogę. Na miejscu zastałem chaos. Ogłupiałe zwierzęta rycząc próbowały wydostać się z płonącej pułapki, a ludzie biegający chaotycznie próbowali ratować co się dało. W tej chwili byłem bardzo wściekły na swoją niepełnosprawność. Chciałem bardzo pomóc w ratowaniu tego co dało się jeszcze uratować ale na wózku bardziej bym przeszkadzał niż pomagał. Widok tego pioruna i tego co wyrządził sprawił że postanowiłem znaleźć jakieś schronienie na czas tej burzy. Najbliższe zadaszenie pod które mogłem wjechać znalazłem na przejściu granicznym w Ogrodnikach po Litewskiej stronie. Było to stara wiata gdzie odprawiano samochody. Po Polskiej stronie wszystkie takie wiaty już wycięto i zezłomowano. Stojąc tam powróciłem myślami do wydarzeń sprzed kilkudziesięciu minut. Zastanawiała mnie moja wściekłość na moją niepełnosprawność. Myślałem że już dawno się z tym uporałem i zaakceptowałem. Ale myślę ze w takich chwilach chęć pomocy jest duża a poruszanie się na wózku w niczym by tam nie pomogło. Po niecałej godzinie przestało padać i mogłem ruszyć dalej. Zrobiło się chłodno a ja byłem cały przemoczony wiec postanowiłem ze zacznę już szukać dogodnego miejsca na dzisiejszy nocleg. Nie mogąc nic znaleźć dojechałem do Jeziora Gaładuś. Objeżdżając to jezioro dojechałem w okolice wsi Burbiszki. Tu nad jeziorem rozbiłem namiot. Na dzisiaj miałem już dosyć jazdy i wrażeń. Postanowiłem szybciej dzisiaj pójść spać aby dobrze wypocząć.
Dzień 39 Krynki – Płociczno
2010 - 07 - 22
W 39 dniu wyprawy przejechałem odległość z Krynek do Płociczna. Przebyłem dystans 169 kilometrów w 10 godzin. Poranek znów okropny. Ciężko się wstaje po niecałych 4 godzinach snu. Ale warto było. Muszę się spieszyć z pakowaniem, dzisiaj mam spotkanie na granicy z dziennikarzami. Niestety nie idzie mi tak szybko jak bym chciał. Pomimo tego ze przed chwila wstałem jestem już zmęczony. Rozmawiając z strażnikami pakuje się i rozmawiamy o jeszcze czekającej mnie dzisiaj trasie. W końcu jestem gotowy i mogę jechać nad granicę. Tu wtrącę że w Krynkach jest największe rondo w Polsce. Z tego ronda wychodzi 12 dróg. Wpadam na to rondo i szukam odpowiedniego zjazdu w kierunku granicy. Niestety tak się na nim zapędziłem ze robię jeszcze jedni kółko aby trafić w odpowiednia drogę. Na granicy rozmawiam z dziennikarzami o mojej wyprawie, o przebytej drodze i czekających mnie jeszcze kilometrach. Znowu jak to bywa czas mile chwile mijają szybko i czas ruszać dalej. Wjeżdżam na pas drogi przygranicznej i ruszam przed siebie. Jadę wolno ponieważ jest strasznie gorąco przez co polna droga jest sucha i unoszący się kusz nie pozwala swobodnie oddychać. Ściągam kask i lekko przyśpieszam aby móc się odrobinę schłodzić. Niestety to zachowanie jest brzemienne w skutkach. Jadąc ponad 50km na godzinę uderzam policzkiem w jakiegoś owada. Bul jest tak ogromny że muszę się zatrzymać. Po kilku minutach mam tak spuchnięty policzek że nie mogę założyć ponownie kasku. Postanawiam założyć tylko gogle na oczy i ruszać dalej. Jazda jest niezbyt przyjemna ponieważ policzek strasznie piecze i każde jego dotkniecie potęguje bul. Na szczęście po ponad godzinie opuchlizna się zmniejsza i mogę ponownie założyć kask. Stało się to w odpowiednim momencie gdyż zaczęło mnie oblegać dosyć spore roje Ślepaków. Są to bardzo spore owady wyglądem przypominające wyrośnięte muchy. Są one bardzo upierdliwe i szybkie. Aby się od nich uwolnić musiałem zwiększać prędkość do ponad 50 km/h. Niestety na polnej drodze biegnącej wzdłuż granicy nie zawsze można było tak jechać więc gdy zwalniałem one ponownie się zjawiały. Żar z nieba się leje, jest chyba powyżej 30 stopni a ja zapięty po szyje w kominiarce pod kaskiem na głowie i w rękawiczkach jadę kurzącą się drogą staram się nie dać dopaść Ślepakom. Koszmar !!!!!!! W pewnym momencie musiałem się zatrzymać aby wstukać współrzędne do GPS. I ty zrobiłem następną głupotę tego dnia. Ściągnąłem rękawiczkę aby obsłużyć GPS. Podczas tej czynności dwa ślepaki – terroryści ukąsiły mnie w kciuka. Bul był tak ogromny że myślałem że zaraz go sobie odgryzę. Na pocieszenie swoje dodam że jeden z nich tego ataku nie przeżył a drugi ledwo co ocalił swoje marne życie. Na szczęście szybko dojechałem do terenów leśnych gdzie obszar żerowania tych krwiopijców się kończył. Teraz moja podróż biegła lasami gdzie było o wiele chłodniej i mogłem się rozebrać z niepotrzebnych już zabezpieczeń. Przy okazji postoju zatankowałem ostatnie resztki paliwa które przy sobie miałem. Musiałem już powoli zastanawiać się gdzie zatankować. Jadąc przez ten las chciałem sprawdzić czy są już grzyby co spowodowało odjechanie od granicy i sprawiło że się odrobinę pogubiłem. Niestety GPS stracił sygnał a mapy papierowe podejrzewam że tak jak ja zgłupiały ponieważ nic się nie zgadzało. Wybawieniem z tej opresji było dojechanie do Kanału Augustowskiego. Po przejechaniu nad kanałem powróciłem do granicy i kontynuowałem moją podróż. Teraz trzymałem się granicy ponieważ zapas paliwa nie wybaczyłby mi ponownej takiej pomyłki. Tak jadąc dojechałem do kolejnego trójstyku granic Białorusi, Polski i Litwy. Teraz postanowiłem że trzeba już w najbliższej napotkanej miejscowości zjechać na asfalt i szukać stacji paliw. Dojechałem aż do wysokości wsi Zelwa. Tam dowiedziałem się że najbliższa stacja paliw jest w Gibach. Czym prędzej udałem się w tamtą stronę. Gdy dojechałem do stacji poziom paliwa na wskaźniku równy był zeru. Podczas tankowania dowiedziałem się że jestem niedaleko Płociczna a tak jeździ kolejka wąskotorowa. Postanowiłem że tam spędzę noc. Do Płociczna dojechałem asfaltem. Na miejscu zostałem mile przywitany przez właścicieli kolejki. Było już ciemni jak rozbiłem namiot na zapleczu kolejki. Postanowiłem porozmawiać jeszcze z Sylwią ale podczas rozmowy zasnąłem.
Dzień 38 Siemianówka – Krynki
2010 - 07 - 21
W 38 dniu mojej przygody przejechałem z Siemianówka do Krynek. Pokonałem dystans 98 w 7 godzin. Dzisiejszej poranek był okropny. Byłem niewyspany i połamany spaniem w tym wagonie. Co chwilę się budziłem. Każdy szelest powodował że spałem bardzo czujnie i co chwile zerkałem na mój pojazd. Noclegi w lesie z dala od siedzib ludzkich były mniej uciążliwe niż dzisiejsza noc. Jestem zmęczony i pakowanie idzie mi bardzo powoli. W miedzy czasie robię śniadanie które składa się z dwóch parówek które pozostały z wczorajszej kolacji i kilku plasterek sera. Dzisiaj odpuściłem sobie taki bardzo dokładny przegląd pojazdu. Po spakowaniu wszystkich moich bagaży pobieżnie przejrzałem przednie i tylne zawieszenie. Teraz bardziej przyglądam się mapie. Jestem przy granicy Białoruskiej którą mam po lewej stronie przed sobą Jezioro Siemianowskie. Między jeziorem a granicą mamy bagniste tereny które jak się wczoraj dowiedziałem nie mają żadnych dróg i nie ma tam możliwości przejechania nawet quadem. Jak powiedzieli mi miejscowi że może zimą po zamarzniętych mokradłach była by taka możliwość ale nie latem. Objazd dookoła jeziora to jest ponad 30 kilometrów. Jedynym w miarę szybkim pokonaniem jeziora jest przejazd groblą w połowie której jest kilkuset metrowy most biegnącą po jeziorze na której ułożone są dwie linie kolejowe. Jedna o naszym polskim rozstawie szyn a drygi białoruskie odrobinę szersze od naszego torowiska. Jedynym mankamentem mojego plany jest możliwość jadącego z naprzeciwka lub za moimi plecami pociągu polskiego lub białoruskiego. Postanowiłem podjechać do punktu granicznego znajdującego się na terenie stacji na której nocowałem zasięgnąć języka o częstotliwości kursujących tu pociągów. Jak pomyślałem tak zrobiłem. Na miejscu dowiedziałem się że z pół godziny będzie odjeżdżał pociąg w głąb kraju a po nim będzie czterogodzinna przerw miedzy następnym. Taka przerwa na przejechanie kilku kilometrowej grobli mi wystarczy. Czas oczekiwania wykorzystałem na jeszcze jedno sprawdzenie mocowania całego mojego dobytki i ponowne sprawdzenie podwozia pojazdu. Pociąg przejechał wiec mogę jechać. Muszę się przyznać że miałem strasznego pietra jadąc ta groblą. Najgorsze było przejechanie fragmentu grobli z mostem i zjazd z grobli na polna drogę. Na moście musiałem jedna stroną pojazdu jechać po szynach a drugą po podłożu usypanym tłuczniem kolejowym. Zjazd natomiast odbyło się po bardzo nachylonym stoku o długości ponad 4 metrów. Tu przeżyłem chwile grozy jak na mokrej trawie quad zaczął się ześlizgiwać w dół stając prawie w poprzek. Po szczęśliwym dotarciu na dół pozostałą część grobli przebyłem już spokojnie polną drogą obserwowany przez zaskoczonych wędkarzy. Wróciłem ponownie w okolice granicy i dalej podążałem na północ. Po drodze minąłem przejście graniczne w Jałówce i dotarłem do Świsłoczan. Tu spędziłem godzinkę popijając herbatkę, jedząc ciastka i słuchając opowieści o czasach przed wielką wojną. Po tej chwili przerwy ruszyłem w dalszą trasę. Dalej dotarłem do linii kolejowej i przejścia kolejowego w okolicy Zubek Białostockich. Tutaj odjechałem od granicy wzdłuż torowiska aby obejrzeć starą infrastrukturę kolejową. Zaskoczyły mnie ty bardzo długie rampy wyładowcze długości ponad 2 kilometrów z jednej strony polskimi torami a z drugiej z torami o rosyjskim rozstawie. Żal było z tego miejsca odjeżdżać ale trzeba było jechać dalej. Wróciłem do granicy i po objechaniu przejścia granicznego w Bobrownikach ruszyłem w dalsza trasę. Dalsza trasa całkowicie mnie zaskoczyła. Jadąc pasem drogi przygranicznej napotkałem tak duże wzniesienia których nie powstydziły by się nasze nasze Beskidy. Jazda w górę i w dół była tak wyczerpująca że ostatkiem sil dojechałem do Krynek. Tutaj postanowiłem zostać na noc. Skorzystałem z zaproszenia Strażników Granicznych i przenocowałem na strażnicy. Dzięki temu noclegowi skorzystałem z prysznica. Taki prysznic po kilkunasty dniach niezbyt dokładnego mycia się był prawdziwą rozpustą. Po długiej kąpieli przyrządziłem sobie kolacje podczas której zasnąłem. Obudził mnie dźwięk telefony. Dzwoniła moja mama. Byłem tak zakręcony że nie wiedziałem o co chodzi. Spojrzałem na zegarek była 7 i zastanawiałem się czy coś się stało ze moja mama tak wcześnie rano dzwoni. Mama szybko mnie wyprowadziła z błędu. Była 7 wieczorem. Musiałem przysnąć na jakieś 15 minut. Po rozmowie dokończyłem moja kolację. Po kolacji najedzony i pachnący czystością szykowałem się do snu. Niestety nie mogłem zasnąć. Postanowiłem zadzwonić do Sylwii. Muszę przyznać że uwielbiam z nią rozmawiać. Dzisiaj miała doskonały humor. Tryskała energią i radością życia. Rozmawialiśmy do 3 w nocy. Juto znowu będę nie wyspany. Warto jest zarwać noc gdy ma się tak niesamowitego i pięknego rozmówce po drugiej stronie słuchawki. Zapytacie czy na pewno jest piękna, uwierzcie mi na słowo jest i to bardzo.
Dzień 37 Białowieża – Siemianówka
2010 - 07 - 20
W 37 dniu mojej eskapady przejechałem z Białowieży do Siemianówka. Przejechałem 112 km w czasie 9 godzin. Wstałem dzisiaj o 6 rano aby na 9 dojechać do Hajnówki. Codzienne rutynowe czynności jak przeglądanie quada i pakowanie poszły mi dzisiaj bardzo sprawnie. Po 45 minutach byłem już gotowy do drogi. Miałem sporo czasu jeszcze wiec postanowiłem odwiedzić po drodze na kolejkę „Miejsce Mocy”. Zaciekawiła mnie ten drogowskaz wiec z głównej drogi wjechałem w las. Po 4 kilometrach dotarłem na miejsce. Postałem tak kilkanaście minut z nadzieją przybrania nadludzkich mocy i zwiększenia koni mechanicznych w moim pojeździe. Z przykrością stwierdziłem że nic takiego nie nastąpiło. Może trzeba było dokonać jakiś tajemnych obrzędów aby tak się stało. Nie pozostało mi nic innego jak jechać dalej. Przed 9 bylem już na peronie kolejki i z biletem w ręku czekałem z niecierpliwością na podstawienie składu kolejki. Po trzech godzinach rozkoszowania się jazdą kolejki siedziałem ponownie na quadzie. Ruszyłem w powrotna drogę do granicy. W połowie drogi między Hajnówką a Białowieżą wjechałem w las i postanowiłem poszukać pozostałości sporej sieci kolejki wąskotorowej. W swoich poszukiwaniach dojechałem do miejsca nazwanego Kosy gdzie obok siebie stoją dwa mostki. Jeden drogowy a drugi niestety już nie użytkowany przez kolejkę wąskotorową. Stojąc na jednym z tych mostków strasznie żałowałem że kolejka już tu nie dojeżdża. Krajobrazy które mijałem w czasie mich poszukiwań zapomnianych torowisk także fajnie byłoby oglądać z ławeczek kolejki wąskotorowej. Po tych poszukiwaniach wróciłem na polną drogę biegnącą przez puszczę aż do Narewki i dalej w kierunku Siemianówka. Robiło się już szarawo więc postanowiłem zrobić zakupy w pierwszym napotkanym sklepie i poszukać miejsca do noclegu. Dzisiaj postanowiłem także znaleźć nocleg z akcentem kolejowym. W okolicy Siemianówka jest kolejowe przejście graniczne z Białorusią i tu postanowiłem zanocować. Znalazłem oddaloną bocznice na której stały stare niejeżdżące już wagony i w jednym z nich postanowiłem przenocować. Po obfitej kolacji wymościłem sobie gniazdko do spania. Muszę się przyznać że mam odrobinę pietra spać tu sam. Chyba bardziej się boje o quada i mój dobytek niż o samego siebie. Co ma być to będzie idę spać.
Dzień 36 Czeremcha – Białowieża
2010 - 07 - 19
W 36 dniu wyprawy przejechałem z Czeremchy do Białowieży. Przebyłem dystans 93,5 kilometra w 5 godzin. Rano sprawdziłem jeszcze czy wszystkie wczorajsze usterki na pewno są dzisiaj sprawne. Wypoczęty i szczęśliwy że wyciągarka działa ruszyłem w dalszą trasę. Dzisiejsza droga biegnie w większości lasami. Nie ma się co dziwić w końcu dojechałem do Puszczy Białowieskiej. Tutaj muszę się przyznać że drugi raz od początku mojej wyprawy zabłądziłem. Moje mapy okazały się zbyt mało dokładne aby w gąszczu polnych drug w lesie odnaleźć tą odpowiednią do Białowieży. GPS także okazał się mało pomocny z powodu także bardzo słabych map topograficznych. Po dwóch godzinach błądzenia udało mi się dojechać do Białowieży. Tutaj postanowiłem zostać na noc. Było dopiero wczesne popołudnie więc postanowiłem jako maniak kolejek wąskotorowych odwiedzić kolejkę w Hajnówce. Na miejscu okazało się ze kolejka będzie jutro kursować wiec postanowiłem wrócić tu nazajutrz. Odwiedziłem jeszcze stację paliw i zastanawiałem się co dalej dzisiaj jeszcze ze sobą począć. Nie musiałem się długo nad tym zastanawiać ponieważ zadzwonił do mnie kuzyn Marian z Gdyni pytając dokąd już dojechałem. Powiedziałem że jestem w Hajnówce a on na to że jest z żoną Kasią i córką Weroniką w okolicach na urlopie i z chęcią się spotka. Spotkaliśmy się w Hajnówce i razem pojechaliśmy do Białowieży. Tam spędziłem bardzo fajny dzień w miłym towarzystwie. Miałem okazję pozwiedzać muzeum przyrodniczo – leśne oraz sprawdzić jak trudno poruszać się kiwaiką po torach kolejowych. Niestety dzień przy takich atrakcjach bardzo szybko mija i czas było się już żegnać. Wieczór i noc postanowiłem spędzić na stacji kolejowej w Białowieży Towarowej. Jest to nieczynna stacja kolejowa o niesamowitym klimacie. Odwiedzając Białowieżę warto tu wpaść i pospacerować po opuszczonych peronach.
Dzień 35 Liszna – Czeremcha
2010 - 07 - 18
W 35 dniu mojej podroży przebyłem dystans z Liszna do Czeremcha. Przejechałem 157 kilometrów w czasie 9 godzin. Wypoczęty, ładny i pachnący przygotowuje się do wyjazdu. Moja pani gospodyni przygotowuje mi pyszne śniadanie. Kąpiel, noc w czystej pościeli, śniadanie normalnie szczyt rozpusty. Ale żeby nie było tak sielsko znowu złapałem kapcia w wózku. Opony w moim osobistym pojeździe były już w tak opłakanym stanie że nie dziwiłem się że znowu złapałem gumę. Zastanawiam się czy te opony w wózku wytrzymają do końca mojej wyprawy. Przystępuję do naprawy mojej dętki. Załataną dętkę wkładam w oponę i próbuję ja napompować sprężarką którą mam przy sobie. Okazuje się że w gnieździe na energię elektryczną w quadzie nie ma prądy. Na domiar złego moją wściekłość na zaistniała sytuacje potęguje lejący się skwar z nieba. Zaczynam się zastanawiać co jeszcze przestało działać w moim „zielonym potworze”. Pożyczyłem pompkę i tradycyjnie ręcznie napompowałem koło. Momentem kulminacyjnym mojej dzisiejszej wściekłości było zafarbowanie mojego ciała na czarno przez moją koszulkę którą dzisiaj ubrałem. Po ściągnięciu jej byłem tak czarny jam moja koszulka, z daleka wyglądałem jakbym nadal ja miał na sobie. Aby dalej nie popadać w irytacje postanowiłem jak najszybciej wyjechać. Podziękowałem za gościnę, szybko się spakowałem i dalej ruszyłem w trasę. Jadąc okazało się jeszcze że nie działa klakson i światła drogowe. Droga bardzo szybko mnie uspokoiła i w dobrym humorze dotarłem do Terespola. W mieście odnalazłem stacje paliw i po zatankowaniu postanowiłem pozwiedzać miasto nie schodząc z quada. Jako maniak kolejowy nie omieszkałem odwiedzić dwóch granicznych mostów kolejowych. Po tym zwiedzaniu powróciłem do dalszej jazdy. Po drodze odbiłem do Janowa Podlaskiego. Obiecałem mojej siostrzenicy Oli że zawitam do tamtejszej stadniny i przywiozę jej jakąś pamiątkę z tego miejsca. Jak obiecałem tak uczyniłem. Szykując się do wyjazdu z tego miejsca pogoda zaczęła się psuć i zaczęło padać. Szukając miejsca do przeczekania tego deszczu znalazłem opuszczona stajnię. Niestety nie byłem tam jedynym w tym czasie lokatorem. Na piętrze tej stajni grupka młodzieży miała tam syto zakrapianą imprezę. Mając pewne obawy ustawiłem quada przodem do wyjazdy aby w razie czego bez zbędnych strat bardzo szybko się stamtąd ewakuować. Niestety drobny deszcz przerodził się w ulewę z piorunami. Prawie dwu godzinny przestój w podroży umilałem sobie rozmową z Sylwią i zjadaniem znienawidzonych puszek rybnych.( Puszki te dostałem od jednego z moich sponsorów, miałem ich ponad 60. Muszę tu dodać że za bardzo nie przepadam za rybami więc zjedzenie ich było nie lada wyzwaniem. Chciałem to zrobić jak najszybciej aby pozbyć się dodatkowego ciężaru.) Kiedy burza już ucichła wyruszyłem w dalsza drogę. Powróciłem do rzeki i ruszyłem na północ. W miejscowości Gnojno przeprawiłem się promem na drugą stronę Bugu. Od miejscowości Niemirów oddalałem się od rzeki i dalsza moja podróż biegła już lasami i polami. Jadąc dalej wzdłuż granicy dotarłem w okolice miejscowości Koterka gdzie rurociąg „Przyjaźń” zmienia obywatelstwo z Białoruskiego na Polski. Kilka kilometrów dalej jest wioska Tokary. Wieś ta po wojnie została granicą podzielona na połowę. Po przejechaniu jeszcze kilkudziesięciu kilometrów dotarłem do Czeremchy. Tutaj postanowiłem przenocować. Dzięki uprzejmości Straży Granicznej rozbiłem namiot na terenie strażnicy. Korzystając z tego że poznałem tam Wiktora, konserwatora obiektu, postanowiłem sprawdzić co się stało z moją wyciągarką. Awaria okazała się tak banalna że wstyd mi że dopiero teraz to zauważyłem. Okazało się ze przepalił się bezpiecznik pod który była podłączona wyciągarka, klakson, światła drogowe i gniazdo elektryczne. Dzięki uprzejmości i pomocy Wiktora udało mi się jeszcze naprawić zacierające się łożyska w przednich widełkach mojego wózka. Trudy podróży ja dotąd najbardziej daj się we znaki mojemu wózkowi który coraz bardziej wygląda jak obraz nędzy i rozpaczy. Naprawiwszy wszystko co się dało z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku położyłem się spać. A jeszcze parę słów o Wiktorze. Jest to taki człowiek który z niczego zbuduje coś. Dajcie mu kilka butelek po napojach a zbuduje wam luksusowy statek wypoczynkowy. Ostatnio zbudował z takowych butelek tratwę którą pływał na Odrze. Fajnie jest spotykać takich pozytywnie zakręconych ludzi na swojej drodze jak Wiktor.
Dzień 34 Dorohusk – Liszna
2010 - 07 - 17
W 34 dniu mojej wyprawy przejechałem z Dorohuska do Liszna. Przejechałem dystans 150 kilometrów w 9 godzin. Od samego rana jest strasznie gorąco. Staram się jak najszybciej spakować aby już jechać. Podczas jazdy jest o wiele chłodniej. Najpierw jadę zatankować quada. Przed 9 rano jestem na granicy i czekam n ekipę serwisową do przeglądu mojego pojazdu. Dzięki uprzejmości pograniczników możemy przegląd zrobić w podziemnym garażu gdzie temperatura powietrza waha się w okolicy 20 stopni a na zewnątrz ponad 30 stopni. Korzystając z przymusowego postoju porządkuje cały mój sprzęt ładuje wszystkie baterie i telefony. Od kilku dni z mojego wózka uchodzi powietrze wiec sklejam koło w wózku i robię mu także przegląd. Po 4 godzinach quad ponownie jest gotowy do jazdy. Pakuje cały mój dobytek ponownie na mojego „zielonego potwora” i jadę dalej. Jest tak gorąco że po kilku kilometrach tęsknie za tym podziemnym garażem. Dojeżdżam do Buga i wzdłuż niego jadę dalej na północ. Na wysokości Sobiboru odbijam od granicy aby zwiedzić pozostałości po byłym obozie zagłady w okolicach tej wsi. Muszę przyznać że pierwszy raz w życiu byłem w takim miejscu. Zdarzało mi się bardzo często przejeżdżać koło podobnego obozy w Sztutowie ale nie miałem odwagi tam nigdy wejść. Dzisiaj oglądając to wszystko przypomniały mi się słowa Zofii Nałkowskiej zawartej w jej książce „Medaliony” „Ludzie ludziom zgotowali ten los”. Oglądając to miejsce cieszyłem się że żyjemy w miarę spokojnych czasach i nie musimy się martwić ze historia się powtórzy. Z mieszanymi uczuciami wróciłem do koryta rzeki i kontynuowałem dalszą moją podróż. Jadąc polną drogą wzdłuż rzeki napotykam zakopany samochód. Kierowca prosi mi o pomoc w wyciągnięciu pojazdu. Od razu się zgadzam i ustawiam quada przodem do pojazdu ponieważ chce użyć do tego wyciągarki. I tu wielkie zaskoczenie, wyciągarka nie działa. Obracam się tyłem do pojazdy i za pomocą liny kilkakrotnie szarpiąc wyciągamy samochód z opresji. Po całej tej operacji próbuję ustalić co się stało z moja wyciągarko. Kilka godzin wcześniej działała bez zarzutu a teraz nie. Postanowiłem dokładniej się temu przyjrzeć podczas wieczornego postoju. Od teraz moja podróż straciła na impecie. Nie jechałem już tak odważniej przez błota i trudny teren. Świadomość niesprawności jedynego urządzenia które może mi pomóc wydostać się z ewentualnych opresji powodowała że bardziej dokładniej przyglądałem się wszelakim przeszkodą. Jadąc tak z pewną dozą nieśmiałości dotarłem do kolejnego trój styku granic Polski, Ukrainy i Białorusi. Następnie minąłem Włodawę. Po przejechaniu tej miejscowości zacząłem szukać miejsca do noclegu. Ponieważ większa część dzisiejszej drogi przebyłem w okropnym kurzu postanowiłem zafundować sobie odrobinę luksusu i wynająć pokój z prysznicem w jakiejś agroturystyce. Znalazłem takową w Liszna. Prysznic po takim dniu był bardzo przyjemny i rozleniwiający. Wyciągarką postanowiłem zająć się z rana a resztę wieczoru spędzić z pilotem od telewizora w łóżku.
Dzień 33 Korczmin – Dorohusk
2010 - 07 - 16
W 33 dniu mojej podroży przebyłem dystans z Korczmina do Dorohuska. Przejechałem 151 kilometrów w 9 godzin. Po wspaniałym śniadaniu u państwa Pawłowskich przystąpiłem do przeglądy quada. Pomimo że był to dopiero poranek słonce już bardzo mocno świeciło i było bardzo gorąco. Po kilkunastominutowym przeglądzie byłem tak zlany potem ze musiałem się przebrać w suche ubrania. Marzyłem o tym aby już jechać i chłodzić się podczas jazdy. Po pożegnaniu z moimi gospodarzami ruszyłem w dalszą moją podroż. Droga znowu była bardzo monotonna, pola, lasy i łąki. Dodatkowym utrudnieniem był żar płynący z nieba. Przed Kryłowem w okolicach wsi Gołębie zmienił się krajobraz. Od tego momentu zaczęła mi towarzyszyć rzeka Bug. W Kryłowie zrobiłem mały postój na zwiedzanie ruin zamku i spotkanie z strażnikami granicznymi. Takie przerywniki w podróży sprawiają mi bardzo dużą radość ponieważ mogę sobie z kimś porozmawiać. Po krótkiej rozmowie z strażnikami ruszyłem w dalsza drogę. Skwar nie ustępował ale bliskość rzeki sprawiał że podroż była przyjemniejsza. Po minięciu Hrubieszowa i Zosina byłem coraz bliżej Dorohuska. W Dorohusku umówiłem się na następny dzień z ekipą z Lublina na przegląd quada. Po dojechaniu na miejsce musiałem znaleźć dogodne miejsce aby jutro można było zrobić porządny przegląd i wymianę wszystkich płynów w moim pojeździe. Dzięki uprzejmości SG takie miejsce znalazłem w jednym z ich garaży na terenie przejścia granicznego w Dorohusku. Będąc już spokojny o jutrzejszy dzień zacząłem szukać miejsca na dzisiejszy nocleg. Znalazłem go w przyległej wiosce Okopy. Po rozbiciu namioty pojechałem zrobić małe zakupy w tutejszym sklepie spożywczym. Po zrobieniu zakupów spojrzałem na lodówkę w sklepie i na zimne piwo wewnątrz niej. Muszę przyznać że szybko uległem magi zimnego napitku w tak gorące późne popołudnie. Zaopatrzony w artykuły spożywcze na kolację i śniadanie oraz dwa zimne piwa wróciłem do mojego namiotu. Resztę popołudnia i część wieczoru przeleżałem na trawie delektując się słodkim nieróbstwem i oczywiście zimnym piwem. Kiedy zapadł zmierzch wczołgałem się do namiotu i postanowiłem zadzwonić do Sylwii. Nie rozmawialiśmy przez ostatnie 4 dni. Przegadaliśmy pół nocy do momentu aż padła bateria w telefonie. Trochę żałowałem ze padła bateria ponieważ bardzo lubię z Sylwią rozmawiać. Należy ona do nielicznej grupy osób z którą można porozmawiać o wszystkim i o niczym, a także milczenie z nią jest bardzo wyjątkowe i nie krępujące.
Dzień 32 Lubaczów – Korczmin.
2010 - 07 - 15
W 32 dniu wyprawy przebyłem dystans z Lubaczowa do Korczmina. Przejechałem 106 kilometrów w 7 godzin. Poranek rozpocząłem od zatankowania quada i powrotu do granicy w okolicy Budomierza. Tutaj rozpocząłem moja mozolną jazdę wzdłuż granicy. Podroż dzisiaj była bardzo monotonna, same pola, łąki i lasy. Jedyna atrakcją a zarazem przekleństwem były chordy atakujących mnie much oraz owadów które miejscowi nazywali Ślepaki. Przez te owady musiałem w ponad 30 stopniowym upale jechać zapięty po szyję i w rękawiczkach. Próby uwolnienia się od towarzystwa tych niechcianych gości udawały się dopiero przy prędkości ponad 50 kilometrów na godzinę. Poniżej tej prędkości cały czas mi towarzyszyły. Kiedy się na chwile zatrzymałem się od razu towarzyszyły mi całe roje niechcianych owadów. Gdy zdjąłem na moment rękawiczkę aby obsłużyć GPS dwa z nich ugryzły mnie w kciuka. Bul był tak mocny że miałem ochotę odgryźć sobie go. I tak w niechcianym towarzystwie upierdliwych owadów dotarłem do przejścia granicznego w Hrebenne. Tutaj spotkałem się z funkcjonariuszami SG. Miałem także przyjemność zwiedzić w Siedliskach muzeum skamieniałych pni drzew trzeciorzędowych. Krotką chwilę odpocząłem w cieniu drzew przy ''Kapliczce na Wodzie'' i ruszyłem w dalszą drogę. Ponownie w monotonnej jeździe przez pola, lasy i łąki zaczęły mi towarzyszyć Ślepaki. Odrobinę odpoczynku od owadów miałem kiedy wjechałem na polna drogę biegnącą wzdłuż granicy i przyśpieszyłem do 60 kilometrów na godzinę. Droga ta okazała się starym podtorzem kolejki wąskotorowej Hrebenne – Rawa Ruska. Zaczynało się robić już późno wiec zacząłem szukać noclegu. Tak dotarłem do Korczmina gdzie ugoszczono mnie w gospodarstwie państwa Pawłowskich.
Dzień 31 Hermanowice – Lubaczów
2010 - 07 - 14
W 31 dniu mojej wyprawy przejechałem odległość z Hermanowic do Lubaczowa. Pokonałem dystans 133 kilometrów w 12 godzin. Poranek zacząłem od oddalenia się od granicy i pojechaniu do Przemyśla. Tutaj oddałem się mojej pasji kolejowej i podglądałem pracowników kolejowych podczas zmiany wózków jezdnych wagonów. Pociągi przyjeżdżające z Ukrainy do Przemyśla mają wózki jezdne o rozstawie 1520 mm, czyli standardowy rozstaw kół w krajach poradzieckich. Aby kontynuować dalszą jazdę w głąb naszego kraju muszą zostać zmienione wózki jezdne na rozstaw 1435 mm, ogólnie przyjęty w „normalnej” części europy. Byłem zaskoczony tempem prac przy zmianie zestawów kołowych. Przekładka 6 wagonów zajęła niecałe 45 minut. Po wspaniałym widowisku zahaczyłem jeszcze o stacje paliw i ruszyłem w dalszą drogę. Następnym punktem dzisiejszej jazdy było pozwiedzanie kilku fortów obronnych, których dookoła Przemyśla jest sporo. Niestety z powodu chronicznego braku czasu ograniczyłem się tylko do zwiedzenia tylko dwóch. Pierwszym był Fort W I ''Salis Soglio'', a drugim Fort W XV ''Borek'' w miejscowości Siedliska. Po zwiedzaniu pojechałem w kierunku przejścia granicznego w Medyce. Tutaj znowu „przytuliłem” się do granicy i ruszyłem przed siebie. Po drodze miałem okazje pooglądać kilka bunkrów dawnej linii Żukowa. Jadąc dalej w okolicy miejscowości Korczowa trafiłem na bardzo ciekawe miejsce. W środku lasu kapliczka, a koło niej z jednego pnia wyrasta pięć sosen. Legenda głosi że w tym miejscu ukazała się Matka Boska żołnierzowi wracającemu z wojaczki. Żołnierz przestraszył się i rzucił w nią kijem. W tym miejscu gdzie stała Matka Boska wyrosły sosny z jednego pnia. Musze przyznać że w tym miejscu przeszły mnie ciarki po grzbiecie więc szybko pojechałem dalej. Jadąc dalej dojechałem do miejscowości Wielkie Oczy. W miejscowości tej miałem okazję oglądać cerkiew, kościół katolicki oraz synagogę. Przykre jest to że kiedyś te trzy kultury mogły żyć w symbiozie a teraz nie zawsze się to udaje. Było już bardzo ciemno kiedy dotarłem do Budomierza gdzie oglądałem budujące się nowe przejście graniczne. Po 22 dotarłem do Lubaczowa.
Dzień 30 Stuposiany – Hermanowice
2010 - 07 - 13
W 30 dniu mojej wyprawy przejechałem dystans miedzy Stuposianami a Hermanowicami. Pokonałem 163 kilometry w 9 godzin. Piękny poranek sprzyjał dalszej podroży. Wyruszyłem w kierunku Smolnik. Za Smolnikami była krotka przerwa podczas jazdy no obejrzenie cerkwi w Michniowice Bystra. Potem jechałem dalej w okolicach miejscowości Lutowiska, Czarna Hoszów, Bandrów i Jałowe. Tutaj w ciągu godziny przeżyłem dwie 15 minutowe burze. Nie zatrzymywałem się i jechałem w deszczu. Pierwszą ulewę przeżyłem bez kasku. Muszę się przyznać ze było to bardzo głupie. Spadające krople deszczu na twarz przy prędkości 50 – 60 km na godzinę sprawiają że ma się wrażenie że ktoś w ciebie rzuca gwoździami. Przy drugiej burzy zatrzymałem się i ubrałem kask. Głowa już nie bolała od spadających kropel ale za to był problem z goglami które cały czas zachodziły parą. Następnymi miejscowościami w okolicach których przejeżdżałem były Stebnik, Krościenko, Wojtkowa. Z tamtą trafiłem do nieistniejącej już wioski Trójca. Na terenie tym znajdują się cztery wille wybudowane w stylu góralskim, które były ośrodkiem wczasowym Rady Ministrów. Bardzo często przebywał tam Edward Gierek. Oglądając je w środku byłem zaskoczony ich przepychem i bogactwem. Siedząc tam zastanawiałem się co te mury mogłyby mi opowiedzieć o zabawach kacyków partyjnych gdyby potrafiły mówić. Z tego miejsca już było bardzo blisko do Arłamowa. W miejscu tym przetrzymywano Lecha Wałęsę. Późnym popołudniem dotarłem do Hermanowic gdzie zostałem na noc.
Dzień 29 Cisna – Stuposiany
2010 - 07 - 12
W 29 dniu wyprawy przejechałem odległość z Cisnej do Stuposian. Przejechałem dystans 134 kilometrów w 11 godzin. Poranek był przepiękny. Mówiąc szczerze zostałbym tu jeszcze kilka dni i odpoczął od jazdy, ale chęć dalszej podroży była silniejsza. Po przejechaniu kilku kilometrów znowu poczułem przyjemność z jazdy. Odeszło w nie pamięć ostatnie kilka dni gdzie walczyłem z trudnym terenem oraz potwornym zmęczeniem. Byłem tak szczęśliwy i zadowolony że zacząłem sobie pod nosem nucić piosenkę Kowalskiego „ Sen Kowalskiego”: „ .... mija cały stres już w porządku jest jesteś tylko ty nie martwi mnie gdzie jem i śpię szybuje z wiatrem tak jak ptak co niesie dzień nie wiedzieć chce słońce znów wstanie tak czy tak nie martwię się dobrze czy źle kołując patrzę w dół co niesie dzień koszmar czy sen szanse są zawsze pół na pół nie martwi mnie gdzie jem i śpię szybuje z wiatrem tak jak ptak co niesie dzień nie wiedzieć chce słońce znów wstanie tak czy tak nie martwię się że życie wre w skrzydłach roztapia wosk co da mi dzień nie wiedzieć chcę trzy wdechy szczęścia czy też trosk”. Może to zabrzmi banalnie ale dla takich chwil naprawdę warto żyć. Takie chwile dają tak dużo energii i wiary w siebie że nic więcej do szczęścia nie potrzeba. W tak doskonałym nastroju dojechałem do granicy Ukraińskiej nad rzeką Wołosatki. Niestety musiałem ominąć trójstyk granic Polski, Słowacji i Ukrainy. Jest on położony na szczycie Krzemieniec. Mój zielony potwór niestety nie był w stanie tam dojechać. Będąc przy granicy złapała mnie gwałtowna burza. Spędziłem ja pod mostem w towarzystwie strażniczki granicznej która miała tu służbę patrolową. Tutaj chciałbym powiedzieć kilka slow na temat samego mostu. Most oddalony jest od granicy o jakieś 500 metrów. Znajduje się w szczerym polu i biegnie po nim polna droga. Jet on bardzo solidnej konstrukcji i ponoć na 80 ton nośności. Z tego co się dowiedziałem był on wybudowany na wypadek nieprzewidzianych okoliczności, które by wymusiły przejazd czołgów ze strony Ukraińskiej na nasze terytorium. Po 45 minutach intensywnej ulewy trzeba było jechać dalej. Następnie cofnąłem się do Ustrzyk Górnych i pojechałem drogą w kierunku Muczne. Potem drogą zakładową Nadleśnictwa Stuposiany nr. 4 dojechałem do granicy Ukraińskiej. Potem jechałem wzdłuż granicy w kierunku Tarnawy, Bukowce, Beniowa aż dotarłem do „ronda” w Siankach. To już był prawie koniec Polski. Z tego miejsca do domu na Helu miałem ponad 1000 kilometrów. Do źródeł Sanu brakowało mi 600 metrów których nie dało się pokonać quadem. Duża ilość połamanych drzew skutecznie mi to uniemożliwiła. Nawet próba dostania się tam na wózku spełzła na niczym. Niepocieszony tym faktem zawróciłem w kierunku Stuposian gdzie miałem zamiar przenocować. Po drodze zatrzymałem się jeszcze w Muczne gdzie miałem okazję zjeść wspaniały obiad w Hotelu Muczne. Po dotarciu do Stuposian rozłożyłem namiot i z uśmiechem na ustach spoglądałem w rozgwieżdżone niebo wypatrując bieszczadzkie anioły.
Dzień 28
2010 - 07 - 11
W 28 dniu jestem nadal w Cisnej i postanowiłem sobie zrobić dzień odpoczynku od jazdy. Dzień bez jazdy quadem nie oznaczał leżeniem do góry brzuchem. Pierwsza atrakcja tego dnia była przejazd kolejką wąskotorową Majdan do Balic. Po kolejce było spotkanie z Tomkiem którego poznałem kilka dni wcześniej. Nasza znajomość opierała się tylko na rozmowach telefonicznych i dzisiaj mieliśmy spotkać się pierwszy raz twarzą w twarz. Tomek zabrał mnie wycieczkę po okolicach. Podczas tej wycieczki odwiedziliśmy zaporę wodną w Solinie. Następnie odbyliśmy wycieczkę statkiem po wodach zapory. W drodze powrotnej odwiedziliśmy cerkiew w Łopience. Tu przeżyłem największy szok podczas mojej wyprawy. Cerkiew ta oddalona jest od najbliższej miejscowości o jakieś 15 km i nikt tego nie pilnuje. Można tam wejść o każdej porze dnia i nocy. Poraziło mnie to że teren jest zadbany , czysty, nie ma żadnych graffiti na ścianach. W środku wszystko w nienagannym porządku. Zakrystia jest zamknięta ale klucz wisi obok drzwi na haczyku , wiec bez problemu można do niej wejść. Rzeczą która wprowadziła mnie w osłupienie była skarbonka kolo drzwi wypełniona banknotami. Nie przypuszczałem nigdy w życiu że znajdę takie miejsce w Polsce że pieniądze będą leżeć przez nikogo nie pilnowane i cały czas będą na swoim miejscu. Czemu tak nie może być wszędzie w Polsce. Czemu uczciwość nie jest czymś naturalnym, a człowiek uczciwy nie jest postrzegany jak jakiś wymierający gatunek. Dzień chylił się ku końcowi wiec postanowiliśmy pojechać na obiadokolację. Posiłek ten zjedliśmy w karczmie Chata Wędrowca. Bardzo polecam tą karczmę. Wspaniałe menu, oraz fantastyczna obsługa. Po dniu pełnym wrażeń wracam do swojego namiotu aby odpocząć i nabrać sił na kolejne dni jazdy.
Dzień 27 Grab – Cisna
2010 - 07 - 10
W 27 dniu jazdy przejechałem odcinek z miejscowości Grab do Cisnej. Przebyłem 135 kilometrów w 7 godzin. Poranek ja zwykłe był bardzo piękny ale ja za to bardzo zmęczony. Ostatnie kilka dni bardzo intensywnej jazdy w terenie bardzo mnie osłabił. Nie nadążałem regenerować sił. Postanowiłem że dzisiejszy dzień nie będzie tak forsowny jak ostatnie i wybiorę łatwiejszą drogę odrobinę dalszą od granicy. Jeszcze w schronisku spotkałem się z strażnikami granicznymi i przy ich pomocy wytyczyłem dzisiaj mniej forsowną trasę. Strażnicy pomogli mi spakować quada i razem ruszyliśmy w dalszą trasę. Dzisiejsza trasa biegła polnymi i asfaltowymi drogami. Nie obyło się także bez trudnych terenowo odcinków. Na kilometr przed przejściem granicznym w Barwinku zabrakło mi paliwa. Na szczęście dodatkowe zbiorniki miałem jeszcze pełne wiec szybko zatankowałem i mogłem ruszać dalej. Po dotarciu na miejsce zatankowałem zbiornik i wszystkie dodatkowe kanistry na tutejszej stacji paliw. Potem z poznanymi rano strażnikami udaliśmy się na wieżę widokową po Słowackiej stronie. Wieża ta oraz budynki u jej podstawy są muzeum bitwy pancernej która miała miejsce na Przełęczy Dukielskiej. Po zwiedzeniu muzeum pogranicznicy zaproponowali mi wycieczkę w głąb Słowacji do doliny Śmierci gdzie toczyły się najcięższe walki pancerne o Przełęcz Dukielską. Po południu dotarłem najpierw do Majdanu, gdzie na chwilę zatrzymałem się przy kolejce wąskotorowej. Na noc zatrzymałem się w Cisnej.
Dzień 26 Piwniczna Zdrój – Grab
2010 - 07 - 09
W 26 dniu mojej wyprawy pokonałem odległość z Piwnicznej Zdrój do miejscowości Grab. Przejechałem 123 kilometry w czasie 10 godzin. Poranek rozpoczął się od spotkania z komendantem placówki SG w piwnicznej Zdrój. Przy porannej herbacie i pysznym cieście rozmawialiśmy o mojej wyprawie i o dalszej tracie jejże wyprawy. Następnym punktem dnia jest odnalezienie stacji paliw. Po zatankowaniu wizyta w myjni. Tu poprosiłem pana aby ograniczył się do umycia tylko kół i zacisków hamulcowych ponieważ nie chce mi się zdejmować wózka z wieszaka za quadem i podczas mycia będę siedział na nim. Na początku mycia pan nawet zastosował się do mojej prośby. Ale niestety później w ferworze walki pan zatracił się w swojej sztuce że umył całego quada, mnie i cały mój dobytek. Może było jeszcze inne wytłumaczenie umycia mnie, pewnie śmierdziałem i pan postanowił to w jakiś sposób zmienić. Lekko mokry ale za to czysty ruszyłem dalej. Do Muszyny jechałem cały czas drogą asfaltową która biegła wzdłuż koryta rzeki Poprad. Poprad jest rzeką graniczną i oddziela nas od Słowacji. Z Muszyny pojechałem wzdłuż granicy do Leluchowa i Dubna. Potem przez lasy i pola jak najbliżej granicy do przejścia granicznego w miejscowości Muszynka. Od tego przejścia cała moja jazda biegła wzdłuż granicy. Na tym odcinku miałem pierwsza i na szczęście ostatnią chwile kiedy zwątpiłem w to że podołam trudom tej wyprawy. Teren był bardzo mocno zarośnięty i błotnisty. Zabrnąłem tak głęboko w las że powrót potrwał by z pół dnia a paliwa zaczynało już brakować. Jedyną możliwością było jechać przed siebie i liczyć że dojadę do jakiejś drogi asfaltowej biegnącej z Polski do Słowacji. Przede mną błotnisty odcinek szlaku. Pełen wiary ze błoto jest bardzo płytkie wjeżdżam w nie. Quad zapada się w nie odrobinę powyżej kół. Rozciągam 6 razy 15 metrową line w wyciągarce aby dostać się na w miarę twardy grunt. Przejechanie około 100 metrów zajmuje mi 1,5 godziny. Wjeżdżam na twardy grunt i po przejechaniu kolejnych 200 metrów widzę następną błotnistą przeprawę. Zmęczenie poprzednią przeprawą spowodowało załamaniem i chęcią wezwania pomocy aby ktoś pomógł mi się stąd wydostać. Wyciągnąłem telefon aby zadzwonić po pomoc i tu niespodzianka. Nie ma zasięgu. Czynność ta wykonałem jeszcze dwukrotnie ponieważ miałem trzy telefony komórkowe w różnych sieciach ale za każdym razem efekt ten sam ,brak zasięgu. Po klnołem sobie pod nosem na nową technologie i chcąc nie chcąc zacząłem powtórnie wjeżdżać w błotnista maź. Na moje szczęście błotna breja nie okazała się na tyle głęboka co poprzednia i po dwukrotnym użyciu jeszcze wyciągarki dotarłem na przysłowiowy suchy ląd. Dwa i pół kilometra dalej czekał na mnie upragniony asfalt. Dojechałem do drogi numer 992 i pojechałem w stronę najbliższej wioski. Po dotarciu do wioski skierowałem się w kierunku sklepu. Pod sklepem spłynąłem z quada na ziemie. W pozycji leżącej na trawie zostałem obsłużony przez panią ekspedientkę. Po 30 minutach leżenia pod sklepem i wypiciu 2 litrów wody bylem gotowy szukać noclegu. Schronienie na dzisiejszą noc znalazłem w szkole podstawowej przemianowanej na okres wakacji na schronisko młodzieżowe.
Dzień 25 Sromowce Wyżne – Piwniczna Zdrój
2010 - 07 - 08
W 25 dniu mojej podróży przejechałem z Sromowce Wyżne do Piwnicznej Zdrój. Przebyłem dystans tylko 50 km w 4 godziny. Poranek strasznie się dłużył. Z niecierpliwością czekałem na przybycie pana Stanisława. Podczas porannej herbaty z panem komendantem przyszedł pan Stanisław. Szybko wytłumaczyłem mu co się stało i zapytałem czy będzie w stanie to naprawić. Pan Stanisław spojrzał na koło, cmoknoł dwa razy, podniósł koło i wyszedł bez słowa. Nie wiedziałem co powiedzieć, w takim byłem zaskoczony sytuacją. Komendant uspokajał mnie że pan Stanisław na pewno sobie z tym poradzi. Nie zdążyłem dopić herbaty a pan Stanisław był już z kołem. Przepraszał mnie że zrobił to tak szybko i za bardzo się nie postarał ale jest także jeszcze Flisakiem i za 30 minut musi być na spływie. Z niedowierzaniem wziąłem koło i zacząłem nim obracać. Nie było śladu po uszkodzeniu. Podziękowałem bardzo i spokojny już o mój wózek dopiłem herbatę. Po przygotowaniu quada do podroży spotkała mnie niespodzianka. Zostałem zaproszony do zwiedzenia okolić. Z duża przyjemnością skorzystałem z zaproszenia. Zostawiłem quada na terenie placówki i samochodem pojechaliśmy zwiedzać. Pierwszym punktem wycieczki był zamek w Nidzicy, następnie zamek w Czorsztynie. Następnie pojechaliśmy do Sromowce Niżnych u podnóży Trzech Koron. Tam miałem przyjemność przejść na słowacką stronę mostem wiszącym nad Dunajcem. Trzeba było już niestety wracać aby dalej ruszyć w drogę. Drogą asfaltową dojechałem do Krościenka nad Dunajcem celem zatankowania paliwa do quada. Potem jechałem jeszcze asfaltem do Szczawnicy. Nad przełomem Dunajca zatrzymałem się jeszcze kolo przystani flisaków. Kawałek za przystanią flisaków wjechałem na szlak biegnący wzdłuż granicy. Dalej jechałem przez Palenicę, Szafranówke i podnóże Łysej Góry. Tam odwiedziłem bacówkę gdzie mogłem skosztować świeżego oscypka. Następnie jechałem szlakiem w kierunku Durbaszka, Wysoka, Przełęcz Rozdziela, Obidza i do Piwnicznej Zdrój. Odcinek bardzo krotki ale także mocno męczący. Quad znowu wyglądał jak siedem nieszczęść w błotnej szacie. Po przybyciu do Piwnicznej próbowałem go umyć ale błoto i glina za mocno się w niego wcisnęła. Rano będę musiał znaleźć jakąś myjnie aby go umyć wodą pod ciśnieniem. Dlaczego o tym piszę. Ano dlatego że błoto wciśnięte w zaciski hamulcowe powoduje szybsze ścieranie się klocków hamulcowych oraz wadliwe działanie układy hamulcowego. Natomiast koła oblepione gruba warstwa błota nie są w pełni wyważone i drgania z kul przenoszone są na układ kierownicy. A to powoduje mały komfort jazy i nadmierne zużywanie się niektórych podzespołów quada.
Dzień 24 Zakopane – Sromowce Wyżne
2010 - 07 - 07
W 24 dniu mojej podróży przebyłem trasę między Zakopanym a Sromowce Wyżne. Przebyłem dystans 105 kilometrów w 9 godzin. Poranek był bardzo zimny, było tylko 8 C. ale na szczęście nie padało. Rano spotkałem się z moim Komendantem Placówki SG w której nocowałem. Rozmawialiśmy przy poranne herbacie o mojej podróży i o dalszej planowanej trasie. Przy okazji dowiedziałem się kilku ciekawych historycznych faktów dotyczących bardzo ciężkiej służby granicznej w okresie dwudziestolecia międzywojennego. Ale jak to ostatnio bardzo często doświadczam miłe chwile szybko mijają i trzeba ruszać dalej. Razem z Wojtkiem, poznanym wczoraj strażnikiem kierujemy się w stronę Wielkiej Krokwi. Dzięki wyciągowi mogę wjechać na sam szczyt. Oglądałem często w telewizji skoki narciarskie i wydawał się ta skocznia duża, ale kiedy stanąłem na samej górze i spojrzałem w dół zamarłem. Trzeba mieć,że się tak wyrażę kolokwialnie jaja aby stąd zjechać w dół na nartach. Następnie pojechaliśmy w kierunku Wierchu Poroniec i wlotu Doliny Gąsienicowej. Potem dojechaliśmy do Łysej Polany, Palenica Białczańska, Włosienica aż do Morskiego Oka. Podczas krótkiego postoju Nad Morskim Okiem toczyłem nierówna walkę z ptakami które usilnie próbowały w mojej obecności skonsumować moją szarlotkę. Na szczęście bylem silniejszy od nich, co do sprytu powiedziałbym że byliśmy na równi z lekka przewagą dla ptaków. Następnie pojechaliśmy Doliną Rostok w kierunku schroniska. Następnie znowu wróciliśmy na Łysą Polanę, dalej w kierunku Polany Kiczora, Rynias, Brzegi, Jurgów, potem wzdłuż granicy do miejscowości Łapszanka. Musze przyznać że bardzo sobie ceniłem dzisiaj towarzystwo Wojtka ponieważ sam nie odwiedziłbym takich pięknych i ciekawych miejsc. Byle jeszcze inne aspekty tej jazdy. Dwa razy utopiłem quada na jakiś podmokłych terenach i bez pomocy Wojtka było by mi ciężko samemu się stamtąd wydostać. Następnie skierowałem się w kierunku Kacwin. Dalszy kierunek to Góra Cyrla. Podczas bardzo trudnego i mocno wyczerpującej jazdy po stokach tej góry quad zsunął się z błotnistej drogi i uderzył tyłem w kłody drewna. Ze względu na to że quad był cały w grubej warstwie błota na pierwszy żyt oka było wszystko w porządku. Później okazało się że są jednak uszkodzenia. Ale nie wyprzedzajmy faktów. Po bardzo wyczerpującej jeździe w błotnistym terenie dotarłem na wzniesienie z którego rozpościerał się przepiękny widok na Nidzicę. Byłem skonany i miałem ochotę zatrzymać się i już więcej nie jechać dalej. Resztkami sił dojechałem do Sromowce Wyżne gdzie zatrzymałem się na noc na strażnicy granicznej. Dzięki uprzejmości pograniczników miałem dostęp do wody i zacząłem myć quada. Po obmyciu bardzo grubej warstwy błota okazało się na szczęście że quad po konfrontacji z kłodą drewna wyszedł z tego bez uszczerbku. Ale natomiast wózek nie wyszedł z tego cało. Wygięciu uległo jedno z tylnych kół wózka. Tragedia, mam kulawy wózek. Muszę przyznać ze odrobinę się podłamałem, nie brałem takiej sytuacji pod uwagę podczas planowania wyprawy. Wizja poruszania się na tyłku przerażała mnie. Nie miałem żadnego pomysłu na naprawę tej awarii. Z słowami otuchy przyszedł zastępca komendanta placówki, „jutro przyjdzie pan Stanisław i na pewno to naprawi”. Dodam tutaj że pan Stanisław to konserwator na placówce. Z nadzieja na możliwość jutrzejszego wyjścia z tej trudnej sytuacji poszedłem spać poruszając się na kulawym wózku.
Dzień 23 Lipnica Wielka – Zakopane
2010 - 07 - 06
W 23 dniu mojej podroży przebyłem trasę z Lipnicy Wielkiej do Zakopanego. Przejechałem 98 kilometrów w 7 godzin. Dzisiaj bardzo wcześnie wstałem. Przed 5 rano byłem już wyspany i chętny do dalszej jazdy. Jak to rano bywa trzeba było pójść za potrzebą. Podczas porannego siusiania przypomniałem sobie to co mi mówili wszyscy w górach, że w takich miejscach jak to w którym dzisiaj nocowałem można spotkać się z Żmijami. Mówili mi także że w takich przypadkach trzeba się głośno zachowywać, śpiewać i gwizdać a Żmije nie podejdą. Zastosowałem się do rady i tak uczyniłem, śpiewałem głośno i gwizdałem. Po południu dowiedziałem się że Żmije są głuche jak pień i reagują na wibracje ziemi , więc trzeba tupać mocno zamiast śpiewać. W moim przypadku ciężko byłoby to zrobić, ale i tak nie przeszkadzało mi to przez cały dzień śmiać się że swojej głupoty. Za każdym razem jak sobie wyobraziłem gościa na wózku gwizdającego i śpiewającego arie operowe podczas siusiania wywoływało to uśmiech na mojej twarzy. Parę minut po 6 rano byłem już spakowany i gotowy do jazdy. W Lipnicy Wielkiej miałem wjechać na strażnice SG aby skonsultować dalszą bezpieczną drogę. Poranek był bardzo pogodny ale za to o tej godzinie chłodny. Odnalezienie strażnicy okazało się znowu nie takie łatwe. Po przejechaniu kilku kilometrów byłem w połowie wioski. Była ona strasznie mocno rozciągnięta wzdłuż głównej drogi. Zatrzymałem się aby zaciągnąć języka i ubrać kominiarkę kask i rękawiczki. Okazała się że strażnica jest po drugiej stronie wioski oddalona od niej o jakieś 2 kilometry. Po małym błądzeniu udało mi się znaleźć strażnice gdzie zostałem powitany przez Komendanta. Po wypiciu herbaty i konsultacji trasy w towarzystwie pograniczników wyruszyliśmy w kierunku jeziora Orawskiego. Teren wokół jeziora był świeżo po ustąpieniu wody więc aby dojechać do 6 największych monolitów (słupków granicznych) w Polsce musieliśmy brnąć w błocie. Monolity mają 4.2 metra wysokości. Jezioro Orawski jest sztucznym zbiornikiem i pełni funkcje przeciwpowodziową. Gdy woda się podnosi zalewa wszystko w okolicy i aby było widać którędy biegnie granica postawiono tak wysokie monolity. W tym roku ślad po powodzi widoczny był na wysokości 2.5 metra. Po rozmowie ze strażnikami dowiedziałem się że bywały lata kiedy nie było ich wcale widać. Dalsza jazda wzdłuż granicy nie była możliwa z powodu wielkiego błota wiec odjechałem od niej w kierunku Czarnego Dunajca. Tam wjechałem na stary szlak kolejowy biegnący w kierunku granicy. Dalej moja droga biegła koło Magury Witowskiej w kierunku Doliny Chochołowskiej. Tutaj złapał mnie ulewny deszcz który towarzyszył mi do końca dnia. Następnie pojechałem przez Kościelisko Kiry drogą pod Reglami w kierunku Doliny Strążyskiej. Tam miałem okazje pierwszy raz w życiu jeść słynną kwaśnice. Była bardzo smaczna. Nie jestem ekspertem jeśli chodzi o kuchnię, więc proszę o wybaczenie mojego laicyzmu w tej dziedzinie, ale u nas na Kaszubach ta sama zupa nazywana jest kapuśniak. Niestety mój quad nie był w stanie i chyba nie miałby wcale na to ochoty aby wjechać na sam szczyt Giewontu zawróciłem. Przejeżdżając kolo Wielkiej Krokwi wjechałem dumnie do Zakopanego. Noc spędziłem na placówce SG gdzie mogłem dojść do łady z mokrymi ubraniami i wysuszyć cały mój dobytek.
Dzień 22 Żywiec – Lipnica Wielka
2010 - 07 - 05
W 22 dniu mojej wyprawy przebyłem dystans między Żywcem a Lipnicą Wielką. Przejechałem 105 kilometrów 8.5 godziny. Po rozmowie do świtu z Sylwią ciężko było wstać i zebrać się do kupy. O dziwo po tak pięknej nocy poranek był pochmurny. Ale chcąc nie chcąc trzeba było się pakować i jechać dalej. Zaraz po wyjechaniu z Żywca musiałem zjechać na staje paliw aby zatankować quada. Po zatankowaniu pojechałem do Węgierskiej Górki aby pooglądać polskie fortyfikacje z okresu kampanii wrześniowej. Stamtąd przez Żabiniec pojechałem w kierunku Hali Boracza. Tam spotkałem trenujących jazdę quadami w terenie pograniczników. Akurat trafiłem jak mieli przerwę w zajęciach i przy ognisku spożywali drugie śniadanie. Przyłączyłem się do nich i ogrzewając się przy ognisku także opróżniłem swoje zapasy. Najedzony i rozleniwiony ruszyłem w dalszą drogę. Teren zaczynał być coraz trudniejszy. Sporo wysiłku kosztowało mnie podjazd na Hale Lipowską 1323m n.p.m. Dojechawszy na polane zatrzymałem się na herbatę w schronisku. Podczas picia herbaty nieoczekiwanie złapał mnie pierwszy deszcz podczas jazdy quadem. Dzięki uprzejmości gospodarzy schroniska mogłem ten deszcz przeczekać razem z quadem i moim dobytkiem w garażu. Po około 30 minutach tak jak szybko przyszedł deszcz to i tak samo szybko przestało padać. Z Hali Lipowskiej pojechałem w kierunku nadgranicznego szczytu Trzy Kopce 1216 m n.p.m. Następnie wzdłuż granicy do Hali Miziowa. Następnie pojechałem przez Korbielów do Przełęczy Glinne 809m n.p.m. Potem pojechałem w kierunku Przełęczy Klekocin aby dalej dojechać do Przełęczy Krowiarki u podnóża Babiej Góry. Bardzo mocno zmęczony dotarłem do Lipnicy Wielkiej. Szukając miejsca na nocleg odjechałem 2 kilometry od wsi i znalazłem miejsce na nocleg na skraju lasy. Nieprzespana noc i bardzo trudny teren podczas jazdy sprawił że o 7 wieczorem byłem już gotowy położyć się spać.
Dzień 21
2010 - 07 - 04
W 21 dniu wyprawy poranek spędziłem w Giżycku. Czas już przestać lansować się i wrócić na szlak mojej wędrówki. Po wspaniałym śniadaniu pakujemy się do samochodu i jedziemy do Warszawy. Po drodze mijamy bardzo odświętnie ubranych ludzi i udekorowane flagami budynki. Po iluś tam przejechanych miejscowościach Daniel z Alicją uświadamiają mi ze dzisiaj są wybory na prezydenta. Przez ta moja podroż bardzo odizolowałem się od polityki i wydarzeń światowych. Muszę przyznać że jest to nawet bardzo przyjemne i dobrze się z tym czuje. Po przybyciu do Warszawy Alicja i Daniel odprowadzają mnie na dworzec z którego będę dalej kontynuował moją podroż do Katowic. Przybywam do Katowic o dziwo punktualnie. Biorąc pod uwagę moje ostatnie doświadczenia z koleją bardzo mnie to zaskoczyło. Na dworcu w Katowicach czekają na mnie Sebastian z Różą. Zapraszają mnie do siebie na obiad. Niestety po wspaniałym obiedzie czas jechać dalej. Sebastian deklaruje chęć podwiezienia mnie do Żywca. Z zadowoleniem przyjmuje jego propozycje ale proszę go jeszcze o możliwość wstąpienia na parę chwil do Bielska Białej a właściwie do Wilkowic. Odwiedzam tam Anie i Pawła którzy kiedyś mieszkali w Gdyni. Po 22 docieramy do Żywca. Robię drobne zakupy na stacji paliw i jedziemy do placówki SG. Żegnam się z Sebastianem i idę rozbijać namiot. Rozbijam namiot na trawniku kolo garażu gdzie stoi towarzysz mojej podroży. Noc jest bardzo ciepła i gwiaździsta. Znowu przyglądam się robaczkom świętojańskim. Ten widok sprawia ze uśmiecham się sam do siebie. Jestem bardzo zmęczony ale nie mogę zasnąć. Wyciągam telefon i dzwonie do Sylwii. Nie ma w tym praktycznie nic dziwnego,ponieważ rozmawiamy co dziennie i co wieczór. Ale dzisiejsza rozmowa była inna, taka ciepła, kojąca. Może powodem był ta noc gwiaździsta, może to sprawka robaczków świętojańskich, sam nie wiem. Rozmawialiśmy aż do świtu. Ciężko było zakończyć rozmowę i położyć się spać.
Dzień 20
2010 - 07 - 03
W 20 dniu mojej podróży dalej lansuje się w Giżycku.
Dzień 19
2010 - 07 - 02
W 19 dniu mojej eskapady jestem w Giżycku. Z rana załatwiliśmy wszystkie sprawy formalne, przy których byłem nieodzowny i mogę zacząć lansować się w mieście.
Dzień 18 Ujsoły – Żywiec
2010 - 07 - 01
W 18 dniu mojej podróży przebyłem odcinek z Ujsoły do Żywca. Nie jest to zbyt imponujący odcinek, zaledwie 32 km ale dzień był bardzo zwariowany i obfitował w niespodzianki. A zaczęło się to wszystko tak. Jak zwykle piękny poranek, ale moje samopoczucie niewspółmierne do tego takiego poranka. Potężny ból głowy przypomina mi że wczorajsze małe co nieco było odrobinę za duże. Leżąc w śpiworze walczyłem mentalnie z syndromem dnia poprzedniego, gdy nagle straszny dźwięk przerywa moja walkę. Dzwoni telefon. W słuchawce słyszę: „musisz jutro rano być w Giżycku, sprawa bardzo pilna, twoja obecność nieodzowna, w Warszawie będzie na ciebie czekał samochód, musisz tam jakoś dojechać”. Było to jak kubeł zimnej wody. Ból głowy poszedł w niepamięć a szare komórki w błyskawiczny sposób powróciły do życia. Szybko ułożyłem plan działania. Quadem do Żywca, stamtąd pociągiem do Katowic, a w Katowicach na pewno złapie jakiś pociąg do Warszawy. Plan był prawie doskonały wiec teraz trzeba było go wprowadzić w życie. Dzwonie do strażników granicznych w Żywcu czy mogę u nich na parę dni zostawić quada z całym moim dobytkiem. Wyrażają zgodę, więc mój plan powoli zaczyna się realizować Spakowałem quada i ruszyłem w stronę Żywca. Odnalezienie placówki SG w Żywcu nie okazało się takie łatwe jak początkowo przypuszczałem. Ani mój GPS ani napotkani ludzie po drodze nie wiedzieli gdzie się znajduje placówka SG. Po 30 minutach i kilku kilometrach po mieście udało mi się znaleźć upragniony cel. Zaparkowałem quada w garażu, zabrałem kilka najpotrzebniejszych rzeczy( szczoteczkę do zębów, pieniądze i telefon) i bylem gotowy do dalszej podroży. Dzięki uprzejmości strażników dotarłem na dworzec kolejowy gdzie czekał już na mnie pociąg do Katowic. Po wgramoleniu się do pociągu byłem gotowy na dalszy etap podróży. Mój plan jak na razie w pełni się sprawdza. Ale jak to bywa z planami prawie że idealnymi coś zawsze musi pójść nie tak. Przed Katowicami psuje się pociąg. Po pól godziny zostaje podstawiony drugi pociąg ale na innym torze do którego niestety nie mogę na wózku dojechać. Odjeżdża podstawiony zastępczy pociąg a po kilkunastu minutach odjeżdża także popsuty pociąg holowany sprowadzoną lokomotywę. Pozostaje na peronie sam jak ten samotny biały żagiel. Niestety żaden plan nie jest idealny, zawsze musi się coś zje..ć. Nagle przypominam sobie o Sebastianie, moim kuzynie z którym widziałem się kilka dni temu w Cieszynie. Jest mocno zaskoczony moim telefonem i moją bytnością w okolicach Katowic. Dzięki niemu udaje mi się dostać na dworzec główny w Katowicach i złapać lekko spóźniony pociąg Intercity do Warszawy. Bardzo zadowolony byłem że nasza kolej nie jest tak punktualna jak na przykład kolej szwajcarska. Ale żeby nie było tak słodko podczas tej podróży trafiłem do wagonu w którym nie otwierały się okien a klimatyzacja uległa awarii. Temperatura w pociągu był nie do zniesienia. Wypociłem podczas tej jazdy wczorajsze małe co nieco i jeszcze więcej. Niestety pociąg z powodu awarii wagonu po drodze ograniczył prędkość i zamiast nadrobić spóźnienie to je jeszcze pogłębił. Jakieś fatum nade mną tego dnia wisiało ze wszystkie pociągi którymi jechałem miały awarię. Z kilku godzinnym opóźnieniem dotarłem do Warszawy gdzie czekał na mnie Daniel z samochodem. Z dużą dozą nieufności wsiadałem do samochody czy aby w nim się nic nie popsuje. Na szczęście podroż przebiegła bez zakłóceń i po północy dotarliśmy cali i zdrowi do Giżycka. Muszę przyznać że budząc się rano z straszną migreną, nie przypuszczałem że oprócz objazdu Polski dookoła będę miał okazje na bardzo szybki przejazd z południa na północ. Życie potrafi zaskoczyć.
Dzień 17 Cieszyn – Ujsoły
2010 - 06 - 30
W 17 dniu mojej podroży przejechałem dystans między Cieszynem a Ujsoły. Przebyłem odcinek 121 km w czasie 9 godzin. Rano zjadłem pozostałą połowę pizzy i odechciało mi się jechać. Byłem ponownie tak najedzony że mogłem się turlać zamiast jeździć. Pakowanie quada przez to przejedzenie nie szło mi zbyt szybko, wręcz gramoliłem się jak mucha w smole. Moje powolne ruchy przybrały mocno na sile kiedy zaproszono mnie na zwiedzanie Cieszyna w towarzystwie strażników granicznych. Bardzo mi się spodobało to miasto. Muszę przyznać że żadne z do tej pory odwiedzonych przeze mnie miast i miasteczek nie zrobiło na mnie takiego wrażenia jak Cieszyn. Gdybym miał taka możliwość z dużą przyjemnością bym tu zamieszkał. Po zwiedzeniu miasta i rozwianiu marzycielskich chmurek znad głowy wyruszyłem w dalszą drogę. Po przejechaniu kilkunastu kilometrów od Cieszyna mila niespodzianka. Spotkałem kolegę Macka którego poznałem kilka lat wcześniej w Grudziądzu. Mieszkał on tam kiedyś a teraz przeprowadził się w te okolice. Porozmawialiśmy kilkanaście minut i trzeba było jechać dalej. Teren przestał być już taki równy jak dzień wcześniej. Zaczęły się górki i to czasami już bardzo strome. Przez ukształtowanie terenu nie zawsze się udawało trzymać bardzo blisko granicy. Najwięcej trudności no i muszę przyznać i strachu także, przysporzyło mi wjazd na Czantorię Małą 886 m.n.p.m. Wjazd na szczyt wiódł bardzo stromym i wąskim szlakiem. Dojeżdżając prawie do szczytu góry na mojej drodze stanął wielki głaz. Było zbyt wąsko aby go ominąć i także był zbyt ciężki jak dla mnie aby go zepchnąć. Nie mogłem zawrócić więc pozostało mi cofnąć ssie do tylu i poszukać innej drogi. Muszę się przyznać ze jazda do przody wychodzi mi o wiele lepiej niż cofanie, więc podczas jazdy na wstecznym miałem dużego stresa. Po prawej stronie miałem stromą ścianę, po lewej głęboka przepaść. Pocieszałem się tym że stok w ta przepaść porośnięty był drzewami i w razie upadku liczyłem ze na jakimś drzewie się zatrzymam. Cofałem tak około kilometra aż udało się znaleźć inną drogę i bezpiecznie dotrzeć na szczyt. Grzbietem góry dotarłem do Czantorii Wielkiej 995 m.n.p.m. Teraz mogłem rozkoszować się widokiem na cały Beskid Śląski. Następny punk w którym jechałem był trój styk Polski, Czech i Słowacji. Kolejnym celem do pokonania była Wielka Racza 1236 m n.p.m. Zanim tam dotarłem musiałem pokonać jeszcze sporo wzniesień i zjazdów. Podczas pokonywania jednego z takich wzniesień najadłem się sporo strachu. Podjazd był tak stromy że całym ciężarem swojego ciała leżałem na przednim bagażniku quada a i tak czułem jak mi się przednie kola odrywają od podłoża a quad ma ochotę się przewrócić ze mną na plecy. Ostatnimi resztkami przyczepności udało się wjechać na górę i troszkę odetchnąć po wielkim stresie. Podjazd na Wielką Raczę miał ponad 5 kilometrów. Walka podczas podjazdu na szczyt zrekompensowana została widokiem. Jedyne co mi przyszło do głowy aby opisać ten fantastyczny widok na górze to cytat z filmu „Chłopaki nie płaczą”: „ Bunkrów nie ma .... ale też jest zajebiście.” Może cytat taki byle jaki ale to mi przyszło pierwsze do głowy. Zjazd w dół z Wielkiej Raczy wymęczył mnie bardziej niż wjazd i zajął znacznie więcej czasu. Stamtąd pojechałem prosto do Ujsoł na nocleg zaproponowany mi przez Marka strażnika granicznego towarzyszącego mi w drodze do Wielkiej Raczy. Po wspaniałej kolacji która wyśmienicie smakowała po tak stresującym i męczącym dniu przystąpiliśmy jak to mają mężczyźni w zwyczaju do spożywania małego co nieco. Wieczór bardzo przyjemnie mijał przy spożywaniu małego co nieco i zagryzaniu ogórkami małosolnymi. Ale najwspanialsze tego wieczoru było oglądanie Robaczków Świętojańskich. Chłopaki patrzyli na mnie jak na wariata jak zachwycałem się nimi. Dla nich był to widok jak co dzień ale dla mnie coś egzotycznego. Nigdy mad morzem tego nie widziałem.
Dzień 16 Racibórz – Cieszyn
2010 - 06 - 29
W 16 dniu eskapady przejechałem dystans między Raciborzem a Cieszynem. Przejechałem w tym dniu 118 km w czasie 7 godzin. Poranek spędziłem na terenie Śląskiego Oddziału SG. Miałem tam okazję zwiedzić salę tradycji oraz możliwość postrzelania na strzelnicy pneumatycznej gdzie trenują funkcjonariusze SG. Ponownie muszę stwierdzić ze miłe chwile szybko mijają i czas był zbierać się do dalszej drogi. Wróciłem do granicy i pognałem przed siebie. Ponownie przede mną bardzo monotonny rolniczy krajobraz. Granica bardzo mocno meandruje. Jadąc przez łąki i pola dojeżdżam do Rudyszwałd. Jadąc przez ta miejscowość jadę asfaltową drogą wspólną. Granica biegnie w osi jezdni, jedna część jest polska a druga czeska. Jadąc po środku tej drogi połowa mnie jest w Polsce a druga w Czechach. Mijając tą miejscowość jadę kilka kilometrów wzdłuż Odry a potem wzdłuż Olzy. Niestety zniszczenia po powodzi nie pozwalają jechać w bezpośrednim towarzystwie rzeki. Muszę odjechać kawałek od granicy. Dzięki temu mogłem obejrzeć napotkane po drodze stare słupki graniczne rozdzielające granice miedzy Niemcami a Cesarstwem Austro – Węgrami. Ponownie powróciłem do koryta rzeki gdzie zatrzymałem się na chwile przy uskoku wody na Olzie. Po chwili odpoczynku jadąc wzdłuż brzegu rzeki dojechałem do Cieszyna. Po dotarciu na miejsce skorzystałem z zaproszenia SG aby na terenie ich placówki spędził noc. Po rozpakowaniu quada postanowiłem odrobinę poszaleć i zamówiłem sobie pizze. Niestety pomimo bardzo szczerych chęci i usilnemu wysiłkowi nie udało mi się jej całej zjeść. Postanowiłem połowę zostawić na śniadanie. Tutaj czekała na mnie jeszcze jedna niespodzianka. Spędziłem miły wieczór w towarzystwie mojego kuzyna Sebastiana jego żony Róży i jego siostry a mojej także kuzynki Andżeliki. Przyjechali specjalnie z Katowic aby się ze mną spotkać i porozmawiać. Po tak miłym wieczorze i długim pożegnaniu czas było powrócić do miejsca zakwaterowania celem odpoczynku przed jutrzejszym dalszym wymarszem na określone pozycje. Chyba udzieliła mi się atmosfera tych starych austriackich murów koszarowych w których mi dzisiaj przyszło spać i śnić.
Dzień 15 Złoty Stok – Racibórz
2010 - 06 - 28
W 15 dniu mojej przygody przebyłem odcinek z Złotego Stoku do Raciborza. Pokonałem w tym dniu 254 km w 12 godzin. Dzisiaj także pogoda o poranku dopisuje. Quad już jest spakowany i gotowy do dalszej podroży. Zostaje zaproszony przez pana Tadeusza na poranną kawę. Co prawda nie jestem kawoszem ale z dużą przyjemnością korzystam z zaproszenia. Siedząc tak w blasku porannego słońca nie ma się ochoty jechać dalej i człowiek chciałby poleniuchować ale trzeba jechać dalej. Żegnam się z Panem Tadeuszem, obsługą kopalni i opuszczam to wspaniałe miejsce. Zaraz za miastem skręcam w kierunku granicy. Po przejechaniu kilku kilometrów drogą asfaltową nagle zgłupiałem. Znalazłem się po czeskiej stronie. Cofnąłem się aby zobaczyć kiedy wyjechałem za polską granicę. Okazało się że fragment drogi do Kamienicy biegnie po czeskiej stronie. Z Kamienicy pojechałem w kierunku Paczkowa aby spotkać się z strażnikami granicznymi, celem określenia dalszej dogodnej jazdy wzdłuż granicy i kupieniu kilku kompletów słuchawek do MP3. Zniszczyłem już po drodze dwie pary. Zazwyczaj przyczyną niszczenia tych słuchawek było wyrywanie kabli podczas zdejmowania kasku. Z Paczkowa znowu wróciłem nad granicę. Większość drogi towarzyszyły mi widoki pół i pastwisk. Była to odmiana od ostatnich widoków lasów i gór. Po monotonii płaskich terenów wjechałem na Biskupią Kopę 889 m.n.p.m. Po zjechaniu z tej góry powrócił znowu monotonny plaski krajobraz. Czasami napotykałem jakieś wzniesienia ale nie było to co mijałem przez ostatnie kilka dni. Będąc przy granicy na wysokości Raciborza odbiłem od mojej dotychczasowej trasy aby skorzystać z zaproszenia i przenocować w Śląskim Oddziale Straży Granicznej w Raciborzu. Po dotarciu na miejsce dosłownie zleciałem z quada na ziemie. Leżałem przez 10 minut aby mój kręgosłup i pośladki doszły do jakiejś formy używalności. 254 km i 12 godzin na quadzie dało mi się dzisiaj nieźle we znaki. Najchętniej to bym się wczołgał pod quada, zwinął w kłębek i zasnął. To był naprawdę bardzo wyczerpujący dzień.
Dzień 14 Marianówka – Złoty Stok
2010 - 06 - 27
W 14 dniu jazdy przebyłem odcinek od Marianówka do Złotego Stoku. Przejechałem zaledwie 86 km w 4 godziny. Poranek jak zwykle bardzo pogodny. Jak do tej chwili pogoda bardzo mi sprzyja, ani jednej kropli deszczu podczas jazdy quadem. Padało tylko podczas transportowania mojego rozbitka do Tarnowskich Gór. Przy tak pięknej pogodzie humor zawsze dopisuje. Szybko spakowałem quada i razem z druhem Piotrem na tarasie stanicy harcerskiej siedliśmy do śniadania. Po śniadaniu starym rosyjskim zwyczajem przysiadłem jeszcze przed drogą aby tym razem bez problemu stąd wyjechać. Z uśmiechem na twarzy ruszyłem dalej. Jazda wzdłuż granicy była bardzo trudna. Często musiałem zjeżdżać na drogę asfaltową ponieważ moje umiejętności i możliwości quada nie pozwalały jechać przy samej granicy. I znowu jadąc z górki i pod górkę oraz trochę po płaskim dotarłem do Złotego Stoku. Po przybyciu na miejsce najpierw musiałem zadbać o quada, wiec obowiązkowa wizyta na stacji paliw. Po wizycie na stacji resztę dnia postanowiłem poświecić na zwiedzanie kopalni złota. Czekałem na tą wizytę w kopalni ponad dwa lata. Jakoś nigdy nie było okazji jej wcześniej odwiedzić i dzisiaj nadarzyła się ku temu doskonała okazja. Najbardziej interesowała mnie w niej, jako miłośnik kolejek wąskotorowych oczywiście podziemna kolejka. Dużo o niej słyszałem od wolontariuszy którzy pomagali ja odbudowywać i pomagali nam także odbudowywać kolejkę wąskotorową w Muzeum Obrony Wybrzeża na Helu. Spotkałem się z panem Tadeuszem sztygarem kopalni złota, którego poznałem rok wcześniej na Helu i razem ruszyliśmy zwiedzać kopalnie. Atrakcji było co nie miara, jazda podziemna kolejką, spływ także podziemną rzeką, zwiedzanie sztolni i korytarzy i moim zdaniem najwspanialsza rzecz podziemny wodospad. Jeśli ktoś będzie w pobliżu tej kopalni gorąco polecaj jej odwiedzenie. Nie będzie to straconych kilka godzin zwiedzania. Niestety dzień bardzo szybko minął i postanowiłem zostać tu na noc.
Dzień 13
2010 - 06 - 26
W 13 dniu mojej wyprawy dalej jestem w Tarnowskich Górach. Noc minęła mi wspaniale. Miałem do dyspozycji ogromne łóżko i mogłem na nim spać wzdłuż i w poprzek. Rano przyjechał ponownie Wojtek i zabrał mnie do serwisu. Quad był już prawie gotowy. Pozostało kilka pierdół do zainstalowania i spakowanie całego mojego dobytku na niego. Po niecałych dwóch godzinach mój nowy, błyszczący zielony potwór gotowy był do dalszej wyprawy. Po załadowaniu quada na busa i pożegnaniu się z mechanikami razem z Wojtkiem ruszyliśmy w drogę dla mnie powrotną w kierunku Bystrzycy Kłodzkiej i Marianówka. Podróż bardzo szybko nam minęła na rozmowach o wszystkim i o niczym. Dojechaliśmy do Bystrzycy Kłodzkiej tam poprosiłem Wojtka o pozostawienie mnie w tym miejscy. Po rozładowaniu quada i pożegnaniu się z Wojtkiem pojechałem w kierunku Marianówka. Mijając miejsce gdzie miałem wypadek zatrzymałem się na chwile i pozbierałem kilka elementów mojego wyposażenia z poprzedniego quada. Jakie było zdumienie druha Piotra kiedy ponownie zjawiłem się na stanicy harcerskiej prosząc o przenocowanie. Rozbiłem namiot i w pełni szczęśliwy że moja przygoda dalej trwa usnąłem jak dziecko.
Dzień 12
2010 - 06 - 25
W 12 dnień mojej wyprawy byłem w Tarnowskich Górach. Spędziłem noc w namiocie koło wraku mojego quada pod bramą salony Polarisa. Całą noc padało. Poranek bardzo nerwowy z kłębiącymi się myślami co dalej z wyprawą. Pierwsze prognozy mechaników nie brzmią zbyt optymistycznie, za godzinę będzie wiedział co dalej. Mija godzina i podchodzi do mnie prezes firmy GSM z niezbyt dobrą wiadomością. Quad nie nadaje się do dalszej jazdy. Uszkodzenia są zbyt poważne abyśmy mogli od ręki i w krótkim czasie je naprawić. Ale ma także i dobra wiadomość dostajesz drugiego takiego samego quada i będziesz mógł dalej kontynuować jazdę. Chłopaki na warsztacie już przekładają na drugi pojazd cały Twój osprzęt i dobytek. Moja radość w tym momencie nie znała granic. Musze przyznać ze niewiele firm stać na taki gest i tu wielki mój szacunek i pokłon dla firmy GMS za to. Potem nastąpiło jeszcze jedno pytanie, jedziesz dalej od nas czy chcesz wrócić w miejsce wypadku i stamtąd dalej kontynuować jazdę. Długo nie musiałem się zastanawiać nad odpowiedzią, wracam w to miejsce w którym miałem wypadek. Starałem się pomóc w przekładaniu osprzętu ale mechanicy doskonale sobie radzili z ta pracą. Niestety nie udało się wszystkiego przełożyć w jeden dzień i Wojtek kierownik salonu odwiózł mnie do hotelu gdzie spędziłem noc.
Dzień 11
2010 - 06 - 24
W 11 dniu mojej wyprawy zrobiłem zaledwie 3 km które przebyłem w kilkanaście minut. W nocy nie mogłem zasnąć, wierciłem się i nie mogłem sobie znaleźć miejsca. Długo trwało zanim usnąłem. Poranek był wspaniały i niczym nie zapowiadał nadchodzącej katastrofy. Ale nie wyprzedzajmy faktów. Po wspaniałym śniadaniu przyrządzonym przez mojego gospodarza druha Piotra przystąpiłem do rutynowych działań jakimi były przejrzenie i spakowanie quada. Po pożegnaniu wyruszyłem w dalszą drogę. Po przejechaniu tych 3 kilometrów katastrofa. Pewien bardzo nieostrożny kierowca wyjeżdżając z drogi podporządkowanej zajechał mi drogę w wyniku czego quad wpadł do rowu i kilkakrotnie rolował. Widok po tym zajściu był okropny. Quad ma rozwalone przednie zawieszenie, uszkodzone tylne zawieszenie, masa połamanych plastików,cieknący płyn hamulcowy, cały mój dobytek porozrzucany w promieniu kilkunastu metrów. Ja zdezorientowany dochodzę do siebie przez kilkanaście minut. Tysiące myśli w takich chwilach przemykają przez głowę. Co dalej, czy da się to naprawić, jak się stąd wydostać? Tutaj z nieoczekiwaną pomocą przychodzi sprawca wypadku. Deklaruje wszelaką pomoc przy ewentualnej naprawie lub transporcie quada do warsztatu. Kilkanaście telefonów dalej już wiem co robić, czyli jest jeszcze szansa na dalszą kontynuacje wyprawy. Jednym z tych telefonów był do firmy GMS z Tarnowskich Gór dzięki której dostałem quada na moja wyprawę. Rozmowa z nimi była bardzo krótka, jeśli masz czym to przywoź go do nas a jak nie masz to jutro będziemy po ciebie naszym samochodem. Razem ze sprawcą wypadku transportujemy rozbitego quada do miejsca mojego niedawnego noclegu. Druha Piotra zaskoczyła moja ponowna wizyta. Przyczyna mojego nieszczęścia jedzie załatwić samochód do przetransportowania mojego quada do Tarnowskich Gór. Kilkanaście godzin oczekiwania na transport staram się wykorzystać na pozbieranie mojego całego dobytku w całość i rozmowy telefoniczne ze znajomymi i rodziną. Pod wieczór przyjeżdża mój transport. Więc razem ze sprawcą mojego „ nieszczęścia” ładujemy quada na przyczepę i jedziemy 225 km do Tarnowskich Gór. Dojeżdżamy na miejsce o 2 w nocy.
Dzień 10 Kudowa Zdrój – Marianówka
2010 - 06 - 23
W 10 dniu mojej podroży pokonałem odległość z Kudowy Zdrój do Marianówka. Przejechałem 170 km w czasie 10 godzin. Spało mi się dzisiaj tak wspaniale że zaspałem. Rano umówiłem się z pogranicznikami na spotkanie w celu wytyczenia trasy na dzień dzisiejszy. Nie zdążyłem zjeść śniadania, tak szybko się pakowałem i przeglądałem quada aby na mnie zbyt długo nie czekali. Głód nie dawał jednak za wygraną. Zostałem zaproszony przez pograniczników na śniadanie. Pojechaliśmy do sklepu po kiełbaski, chleb, musztardę i zrobiliśmy ognisko aby to upiec. Niby takie byle jakie śniadanie ale w tym momencie nie potrzebowałem niczego innego. Myślę że nawet najwykwintniejsze śniadanie w najlepszej restauracji nie smakowało by tak wspaniale jak te pieczone kiełbaski. Ale jak to już wcześniej pisałem miłe chwile szybko mijają i trzeba było jechać dalej. W towarzystwie moich kompanów od śniadanie znowu jechaliśmy w górę i w dół oraz po płaskim. Po niezliczonej ilości pagórków i górek dotarliśmy do Źródła Maryi w Zielonej Dolinie. Tam uzupełniłem zapas wody i ruszyliśmy dalej. Kolejnym przystankiem na trasie był taras widokowy na dolinę w Zieleńcu. Po chwili odpoczynku jadę dalej wzdłuż granicznej rzeki Orlica w kierunku Trójmorskiego Wierchu. Obecną nazwę wprowadził w 1946 dr Mieczysław Orłowicz. Oddaje ona w pełni charakter szczytu, który jest jedynym w Polsce miejscem, gdzie zbiegają się zlewiska trzech mórz: na zachodnich zboczach mają swoje źródła dopływy Nysy Kłodzkiej w zlewisku Morza Bałtyckiego, z południowo-wschodniego zbocza spływa Lipkovský potok, dopływ Cichej Orlicy w zlewisku Morza Północnego, a u stóp wschodniego zbocza znajduje się dolina Morawy w zlewisku Morza Czarnego. Podczas podjazdu na tą górę zgubił kominiarkę i wracając z niej odczuwałem jej brak. Następną dotarłem do schronisko pod Śnieżnikiem i sam Śnieżnik. Było już późno i zimno więc trzeba było zacząć się rozglądać za noclegiem. Dojechałem do Marianówka gdzie skorzystałem z zaproszenia i przenocował w stanicy harcerskiej.
Dzień 9 Śnieżka – Kudowa Zdrój
2010 - 06 - 22
W 9 dniu pokonałem dystans z Śnieżki do Kudowa Zdrój. Przejechałem 188 km w czasie 11,5 godziny. Dzisiaj wstałem bardzo szybko podekscytowany możliwością wjazdu na sam szczyt Śnieżki. Niestety po wyjściu z pokoju czekała mnie niemiła niespodzianka. Szczyt góry osnuty bardzo gęstą mgłą. Obsługa schroniska pociesza mnie ze to z każdej chwili może się zmienić. Po 45 minutach sytuacja zaczyna się klarować i mogę moim zielonym rumakiem na czterech kolach atakować szczyt. Po długich pożegnaniach z załogą schroniska wyruszam na szczyt. Podczas jazdy jest strasznie zimno i wilgotno. Po kilkunastu minutach jestem na szczycie i głową w chmurach. Po przejściu chmury ukazuje mi się wspaniały widok na dolinę. W pewnej chwili poczułem się jak Zeus na szczycie Olimpu. Niestety jak zwykle trzeba było ruszać dalej. Po drodze e szczytu odwiedziłem jeszcze schronisko Samotnia w Kotle Małego Stawu. Im niżej byłem szczytu robiło się coraz cieplej i mogłem pozrzucać troszkę ubrać które krępowały mi ruchy. Następnym postojem był Karpacz gdzie zatankowałem quada i zrobiłem drobne zapasy żywności. Ciekawe jak to jest że jak się jedzie i podziwia takie widoki człowiek nie odczuwa głody i za cały dzienny posiłek wystarcza kilka batonów. Po zakupach i tankowaniu wyruszyłem w dalszą drogę. Przejeżdżając Przełęcz Okraj dotarłem do przejścia granicznego Mala Upla. Dalej droga wiodła przez lasy, pola, łąki, raz pod górę, raz z góry i po płaskim, tak czy owak wzdłuż granic. Trudno ustalić czego było więcej. Najpiękniejszą drogą którą widziałem była droga „Stu Zakrętów” którą dotarłem do Kudowy. Nie wiem czy na pewno jest tam ich aż tyle, w połowie liczenia pogubiłem się i dałem sobie z tym spokój, ale widoki i wrażenia są warte tego aby specjalnie tam przyjechać tylko po to aby się nią przejechać.
Dzień 8 Zgorzelec – Śnieżka
2010 - 06 - 21
W 8 dniu mojej wycieczki pokonałem dystans z Zgorzelca do Śnieżki. Pokonałem dystans 152 km w czasie 10 godzin. Poranek był dzisiaj wspaniały, przejrzałem i zatankowałem quada do dalszej trasy. Droga zaczynała się robić coraz bardziej trudniejsza. Nie było już równych terenów nadrzecznych. Zaczynały się robić coraz większe górki i coraz częściej jechałem po lasach. Granica państwa zaczęła zataczać przedziwne kształty i nie zawsze dało się jechać bardzo blisko niej. Dlatego zacząłem sobie cenić towarzystwo od czasu do czasu strażników granicznych pomagających wytyczyć mi trasę. Pozwalałem sobie na małe wycieczki poza granice naszego państwa. Pierwsza mój wjazd do Czech miał miejsce w Miłoszowie. Wjechałem kilkanaście metrów na teren ich państwa i poczułem tą wspaniałą wolność jaką daje strefa schengen. Odbiłem troszkę od granicy aby skorzystać z możliwości i pozwiedzać odrobinę nasz wspaniały kraj. Pierwszym obiektem który pozwiedzałem była Zapora Czocha. Później nie nie omieszkałem zwiedzić wspaniałego i znanego mi tylko z filmów Zamek Czocha. Niestety przyjemne chwile szybko mijają i trzeba było jechać dalej. W Świeradów Zdrój zatrzymałem się na obiad. Dziwnie było jeść obiad przy stole kiedy przez ostatnie dni jadło się konserwy w bardzo szybkim tępię na lekko przybrudzonym quadzi. Obiad jadłem w Towarzystwie strażników granicznych w restauracji Pensjonatu Fortuna serwujące dania regionalne krainy Izerskiej. Musze przyznać że właściciel pan Jan Piotrowski bardzo dobrze zna się na swoim fachu i przygotował doskonałego pstrąga. Z racji tego ze mieszkam nad morzem jestem bardzo wybredny jeśli chodzi o ryby, natomiast tym daniem byłem zachwycony. Chyle czoła przed umiejętnościami pana Jana. Ale jak to zawsze bywa miłe chwile szybko mijają i trzeba było zbierać się do dalszej jazdy. Jadę w kierunku góry Izerskiej. Potem mijam Polane Izerską oraz Hale Izerską. Jadę dalej wzdłuż granicznej rzeki Izera. Tu nastąpiło spotkanie z Daniele. Poznałem się z Nim kilka dni wcześniej przez telefon. Zadzwonił do mnie z propozycją dwudniowego wspólnego przejazdu wzdłuż granic. Z duża przyjemnością przystałem na ta propozycję. Spokojnie dojechaliśmy do kopalni Stanisław. Od kopalni zaczął się prawdziwy off road. Zjazd wyschniętym korytem rzeki uświadomił mi że mam bardzo małe umiejętności w okiełznaniu takiej bestii jak quad. Ale przetrwałem to i maszyna także. Sporo się podczas tych dwóch dni nauczyłem od Daniela. I tak razem dojechaliśmy do podnóża Śnieżki i zaczęliśmy 8 km podjazd na Śnieżkę której wysokość to 1 602 m. n. p. m. W połowie drogi zacząłem się ubierać we wszystko co miałem ponieważ robiło się strasznie zimno. Do dotarciu do schroniska pod szczytem doszliśmy do wniosku że wjazd na szczyt odłożymy do jutra z powodu bardzo gęstej mgły. Noc spędziłem w schronisku Dom Śląski pod Śnieżką. Bardzo przyjemnie było napić się piwa i porozmawiać z całą załogą schroniska. Przy okazji chciałbym bardzo gorąco pozdrowić całą załogę Domu Śląskiego i podziękować za wspaniałe towarzystwo.
Dzień 7 Tuplice – Zgorzelec
2010 - 06 - 20
W 7 dniu mojej eskapady przejechałem odcinek z Tuplic do Zgorzelca. Pokonałem dystans 185.5 km w czasie 10 godzin. Poranek był okropny, wstałem cały połamany i obolały. Spanie na deskach w celi więziennej nie służy moim kością. O wiele lepiej śpi się na ziemi w namiocie. Bardzo współczuje pensjonariuszom takich zakładów spędzania tam wolnego czasu. Ja i tak miałem bardzo przyjemny pobyt tam ponieważ miałem otwarte drzwi, z zamkniętymi drzwiami pomieszczenie jest bardzo klaustrofobiczne. Z Tuplic musiałem się dostać nad granicę. Najprostszym dojazdem nad granicę było wjechanie na autostradę w kierunku przejścia granicznego w Olszyna. I tak zrobiłem. Pędziłem po autostradzie przez 10 kilometrów najszybciej ile tylko mogłem w kierunku granicy. Rozpędziłem moją zieloną lekko przybrudzoną bestię do 115 km na godzinę. Prędkość jak na moje umiejętności jazdy quadem granicząca z szaleństwem. Po kilku minutach dotarłem do przejścia granicznego od którego chciałem zacząć jazdę. Po spotkaniu z strażnikami granicznymi i przejrzeniu trasy ruszyłem dalej. Tutaj trasa także wiodła wzdłuż Nysy Łużyckiej. Czasami niestety trzeba było powracać na asfalt ponieważ brzeg był nieprzejezdny. Minąłem po drodze elektrownie wodną w miejscowości Przesieka. I tak dotarłem do Zgorzelca. Z Zgorzelca wybrałem się w towarzystwie strażników objechać Worek Turoszowski. Zatrzymałem się na chwile aby zwiedzić przepiękny pałac w Radomierzycach. Podczas objazdy dotarłem do pierwszego trój styku granic Niemiec, Polski i Czech. W tej oto chwili przejechałem pierwszą granicę lądową. Zachodnią część polski miałem już za sobą. Jadąc dalej miałem okazje przejechać przez Bogatynię i podziwiać wielką dziurę zrobioną przez kopalnie węgla brunatnego. Zataczając koło powróciłem do Zgorzelca aby na drugi dzień mieć dogodna pozycje startową do dalszej jazdy.
Dzień 6 Słubice – Tuplice
2010 - 06 - 19
W 6 dniu mojej wyprawy przejechałem odcinek ze Słubic do Tuplic. Pokonałem dystans 170 km w czasie 8 godzin. Rano po spożyciu wspaniałego śniadania przyrządzonego przez przez Agnieszkę jak zwykle niestety przychodzi czas pożegnania. Bardzo miło i przyjemnie było gościć w domu Agnieszki i Zdzisława ale niestety trzeba było jechać dalej. Dojechałem do koryta Odry i wzdłuż niej utwardzoną drogą z płyt betonowych biegnąca po wale przeciwpowodziowym pojechałem na południe w dalszą drogą. Droga była bardzo monotonna z jednej strony rzeka z drugiej strony łąki. Widać było jeszcze pozostałości po minionej powodzi. Sporo łąk wciąż było zalane wodą oraz wszędzie leżały worki z piaskiem. Drogę tą miałem okazje pokonywać w towarzystwie strażników granicznych. Nagle monotonie krajobrazu przerwały imponującej wielkością ruiny fabryki amunicji z II wojny światowej leżącej po niemieckiej stronie Odry. Jakiś kilometr za tą ruiną napotkałem wysadzony także w czasie wojny a dokładnie 4.02, 1945 roku most. Na dwie trzecie tego mostu można wjechać od polskiej strony. Wszystkie te informacje uzyskałem podczas chwili odpoczynku od strażników. Droga od tego mostu w głąb naszego państwa biegnie do miejscowości Kłopot. W miejscowości tej miałem okazję zwiedzić Muzeum Bociana Białego. Miejscowość ta słynie z największej ilości bocianów przypadających na na jednego mieszkańca. Po obejrzeniu muzeum ruszyłem dalej wzdłuż rzeki dalej. Po kilkunastu kilometrach trzeba było odbić od Odry i poszukać mostu. Przejechawszy nad Odrą zacząłem się od niej oddalać w kierunku Nysy Łużyckiej. Jadąc wzdłuż Nysy Łużyckiej krajobraz już był całkiem inny. Brzegi rzeki były już bardziej zarośnięte i zakrzaczone. Napotykałem także sporo powysadzanych mostów. To także pozostałość po ostatniej wojnie światowej. Prawidłowością stało się to że co mijałem jakąś wioskę lub miasto napotykałem wysadziny most. Najciekawszym i najmniej wysadzonym mostem który spotkałem był most koło miejscowości Markościce. Był tylko wysadzony w jednej trzeciej swojej długości i dochodzi aż do niemieckiej strony. Z polskiej strony można było na niego wjechać natomiast na niemiecka stronę trzeba było zejść po schodach postawionych po wejściu naszego kraju do unii europejskiej. Jadąc dalej minąłem Gubin i podążałem dalej wzdłuż koryta rzeki na południe. Ciekawym miejscem które stanęło na mojej drodze był kompleks „ Rokita” w okolicach miejscowości Brożek. Kompleks mieści niemal 400 ruin wszelkiego rodzaju bunkrów, schronów i budynków po niemieckich zakładach chemicznych. Teren jest imponujących rozmiarów z szeregiem dróg betonowych i polnych. Teren ten także miałem okazje zwiedzać w towarzystwie strażników granicznych którzy pokazali mi najciekawsze miejsca. Pora była już późna i zacząłem się rozglądać za noclegiem. Strażnicy zaproponowali mi nocleg na terenie swojej placówki na który się zgodziłem. Po dotarciu do Tuplic mogłem zwiedzić placówkę i wybrać miejsce do spania. Miałem już typ gdzie chciałbym spędzić noc ale musiałem jeszcze przekonać do tego strażników. Po kilku minutach przekonywania w końcu wprowadziłem się do mojego dzisiejszego miejsca nocowania. Miejscem ty była cela więzienna. Jutro wam opiszę moje wrażenia po tej nocy.
Dzień 5 Mierzyn – Lubiszyn – Słubice
2010 - 06 - 18
W 5 dniu mojej wspanialej przygody przejechałem odcinek z Mierzyna do Słubic. Pokonałem dzisiaj 245 km w czasie 10 godzin. Po wspaniałym śniadaniu w domu Jerzego i Ewy pojechałem na przejście graniczne w Lubieszynie. Tam spotkałem się z pogranicznikami. Chciałem się dowiedzieć jaka jest możliwość przejechania fragmentu mojej trasy po niemieckiej stronie. Powodem tego było niemożliwość jazdy wzdłuż Odry ponieważ na tym fragmencie rzeki umiejscowiona jest elektrownia Dolna odra. Tam dowiedziałem się że most graniczny między Gryficami a Niemcami jest wyłączony z ruchu. Nie była to zbyt pocieszająca wiadomość ponieważ oznaczała powrót do Szczecina i podróż do Gryfina asfaltem. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. W drodze do Gryfina towarzyszyli mi motocykliści z klubu BLUE KNIGHST poznani na granicy. Jest to klub zrzeszający stróżów prawa zafascynowanych motocyklami. Było to niesamowite uczucie jechać w asyście około 10 lśniących maszyn a pośrodku nich ja moim ubrudzonym czterokołowcem. Niestety piękne chwile bardzo szybko mijają i w Gryfinie trzeba było się pożegnać i zjechać z asfaltu na bezdroża. Dalej jazda biegła wzdłuż rzeki. Teren niestety nie był za bardzo przyjazny mojej wyprawie. Odra nie wszędzie wróciła jeszcze do swojego koryta i musiałem co jakiś czas powracać na asfalt aby kontynuować moją podróż. W czasie takiego zjazdu na asfalt dojechałem do Góry Czcibora. Nazwa góry pochodzi od pamiętnej bitwy Mieszka I z margrabią Hodonem w 972 roku. Potem powtórnie wróciłem na pierwotny piaskowy szlak. Jadąc bezdrożami wzdłuż rzeki w kierunku Kostrzyna nad Odrą pierwszy raz pobłądziłem. Drogę miałem bardzo dobrze wytyczoną ale Odra znowu mnie zaskoczyła swoimi rozlewiskami. Błądziłem ponad godzinę po lesie szukając wolnej od wody i błota polnej drogi do Kostrzyna. Sytuacja robiła się coraz bardziej dramatyczna ponieważ z każdym kilometrem błądzenia w tym lesie poziom paliwa w moim zbiorniku drastycznie spadał. Tu muszę dodać ze quad nie należy do oszczędnych pojazdów i pali ponad 10 litrów na 100 kilometrów a w takim błotnistym terenie jak teraz to coś około mnóstwo i także zdarzy mu się spalić. Z wybawieniem przyszedł mi jeden z okolicznych mieszkańców który wskazał mi dokładna drogę. Jeśli chodzi o drogę sytuacja się wyklarowała ale pozostał jeszcze problem paliwa. Do Kostrzyna zostało jakieś 16 km a paliwa coraz mniej. Więc bardzo spokojnie i równo jadę do miasta. Będąc w mieście zrodził się kolejny problem. Gdzie jest najbliższa stacja paliw? Błądząc i szukając najbliższej stacji paliw wjechałem na jakieś rondo i dojrzałem stacje paliw. Stacja była usytuowana przy jakimś markecie wiec niezwłocznie pojechałem do niej. I w tym momencie niespodzianka silnik quada ucichł, brak paliwa. Na moje szczęście droga z ronda do stacji była z górki i silą inercji dotarłem pod sam dystrybutor. Zatankowany i szczęśliwy że nie musiałem go pchać ruszyłem dalej w kierunku Słubic. W Słubicach miałem okazję poznać ponownie wspaniałe małżeństwo Agnieszkę i Zdzisława którzy mi zaproponowali nocleg w ich domu. Z dużą przyjemnością przystałem na zaproszenie.
Dzień 4 Międzyzdroje – Szczecin – Mierzyn
2010 - 06 - 17
W 4 dniu wyprawy przejechałem odcinek z Międzyzdrojów do Szczecina. Pokonałem dzisiaj 150 km w czasie 8 godzin. Dzisiejsza podroż rozpoczęła się od gorączkowego poszukiwania stacji benzynowej z dwóch powodów. Pierwszym powodem oczywiście było zatankowanie pojazdu, a drugim było umówione spotkanie z Jarkiem z Wolińskiego Klubu 4X4. Jarek zadeklarował się pokazać mi wszystkie najciekawsze miejsca wyspy Wolin. Pierwszym miejscem tuż za stacja paliw było stanowisko niemieckiej wyrzutni V3. Jako że jestem maniakiem wszystkiego co wiąże się z architekturą bunkrową byłem z tego bardzo zadowolony. Niestety przyjechaliśmy za wcześnie i muzeum było zamknięte. Wiec pozostało mi pooglądać to wszystko co było na zewnątrz. Rozmowa z Jarkiem pozwoliła mi wyobrazić sobie jak to wszystko wyglądało ponad 70 lat temu. Jedziemy dalej starą drogą która powstała za czasów rzymskich do Jeziora Turkusowego. Moje słownictwo jest zbyt ubogie aby opisać piękno tego jeziora. Bylem i jestem strasznie nim zauroczony. „Musze tu jeszcze wrócić” tymi słowami pożegnaliśmy to miejsce i pojechaliśmy dalej. Następnym wspaniałym miejscem które odwiedziliśmy było Wzgórze Mokrzyckie. Rozpościerał się z niego wspaniały widok na cała Wyspę Wolin. Dodatkową atrakcją tego miejsca była możliwość obserwowania majestatycznie szybujących Orłów wypatrujących swoje śniadanie. Pora była jeszcze bardzo wczesna więc założyłem że to jest śniadanie. Kolejnym miejscem które odwiedziłem po drodze była osada wikingów w Wolinie. Tam niestety nastąpiło pożegnanie z Jarkiem który okazał wspaniałym przewodnikiem i kopalnią wiedzy o dawnych i teraźniejszych czasach tych terenów. Po tych wspaniałych miejscach nastąpiła bardzo monotonna jazda polami,lasami i najdziwniejszymi bezdrożami do Szczecina. Do szczecina dotarłem w porze popołudniowych korków. Przyzwyczajony ostatnimi dniami do do nieskrępowanego poruszania się stanie w korkach było okropną męczarnią. Po przebrnięciu przez miasto dotarłem do Mierzyna. Tam zostałem zaproszony na nocleg do wspaniałych ludzi Jerzego jego małżonki Ewy i ich córki Wiktorii. Przy okazji bardzo serdecznie ich pozdrawiam.
Dzień 3 Kołobrzeg – Świnoujście – Międzyzdroje.
2010 - 06 - 16
W 3 dniu jazdy przejechałem odcinek z Kołobrzegu do Świnoujścia i wróciłem do Międzyzdrojów aby stąd mieć dobry strat w kierunku Szczecina. Pokonałem dzisiaj ponad 160 km ale zajęło mi to ponad 9 godzin. Jadąc plażą do Świnoujścia miałem okazje podziwiać piękne i bardzo zadbane plaże. Zdumiało mnie to bardzo ponieważ był to bardzo rzadki widok na mojej drodze. Niestety mogłem się samemu przekonać jak ludzie potrafią zanieczyścić plaże pozostawiając po sobie góry śmieci. Czy to tak trudno po sobie posprzątać?! W asyście funkcjonariuszy Straży Granicznej jadących także na quadzie dotarłem do wschodniej części Świnoujścia. Zatrzymaliśmy się na chwile w forcie Gercharda oraz przy latarni morskiej. Potem promem przeprawiliśmy się do Świnoujścia aby dojechać do słupków granicznych Polski i Niemiec. Po ponownej przeprawie przez Odrę wróciłem do Międzyzdrojów aby tam przenocować i mieć dobry punkt wypadowy w kierunku Szczecina.
Dzień 2 Ustka – Kołobrzeg.
2010 - 06 - 15
W drugim dniu jazdy udało mi się przejechać odcinek z Ustki do Kołobrzegu. W tym dniu przejechałem 135 km . Większość drogi jechałem po plaży. Dystans 70 km z Darowa do Kołobrzegu przejechałem plażą,gdzie mogłem się napawać widokiem morza i pięknych plaż. Miłym przerywnikiem w trakcie tej jazdy było pokonywanie kilku strumyków wpadających do morza. Przed samym Kołobrzegiem miałem okazję pojeździć po starym lotnisku zajmowanym kiedyś przez sowieckie lotnictwo. Cały ten dystans przebyłem w niecałe 7 godzin. W tym dniu miałem okazję poczuć się jak gwiazda filmowa. Kilka osób rozpoznało mnie z telewizji i gratulowało odwagi i pomysłu na wyprawę. Jest to bardzo fajne uczucie,że ktoś cię rozpoznaje,ale potrafi także wprowadzić w stan zakłopotania. W takich sytuacjach nie wiem jak się zachować,a najlepiej to zapadłbym się pod ziemię. Z przykrością stwierdzam,że nie mam zadatków na gwiazdę.
Dzień 1 Hel - Ustka
2010 - 06 - 14
Dzień 1. Pierwszy dzień mam już za sobą. Pokonałem dystans długości 185 km i dotarłem z Helu do Ustki. Udało mi się go pokonać w 5 godzin. Poprzez mój dziennik chciałbym podziękować wszystkim osobom które przyszły mnie pożegnać na początku mojej wyprawy. Byłem zdumiony tak dużą ilością osób. Bardzo wam wszystkim dziękuje. Chciałbym także podziękować wszystkim wspierającym mnie po drodze funkcjonariuszom Straży Granicznej, bez waszej znajomości granicy jechałbym kilka godzin dłużej. Przepraszam że na razie tak mało informacji ale ogrom emocji po pierwszym dniu podroży nie pozwala na swobodne przelewanie myśli na klawiaturę komputera. Za kilka dni się osfoje z nowa sytuacją i mam nadzieje że w miarę sensownie i składnie zacznę wszystko opisywać.
Patronat:
© 2017 Artur Labudda - GranicamiBezGranic.pl | opracowanie: studiofx.biz